Gdy pierwszy raz wsiadam do nowego samochodu o większej mocy niż mój, odnoszę wrażenie, że gra gitara. Lepiej się wyprzedza, jazda jest płynniejsza, bardziej dynamiczna, a mój uśmiech na twarzy jest szerszy niż zazwyczaj. Później jednak przychodzi tak chwila i stwierdzam, że nadal brakuje mi mocy.

drift

Nie wiem jak to jest, ale idę o zakład, że też tak macie. Wszyscy to mają. No dobra, może jakieś dziadki co prowadzą z fotelem tak przysuniętym do kierownicy, że ta wchodzi im w zęby lub tak zwani skodziarze pewnie nie wiedzą o czym piszę. Jednak normalni ludzie, czyli my z pewnością po pewnym czasie odczuwamy wzmożony apetyt na moc. Chcemy więcej i więcej. Chyba wiem dlaczego. My się jeszcze rozwijamy.

Nasz organizm musi być stale pobudzany i chcemy się cieszyć prowadząc samochód. Dlatego tak bardzo podobają nam się chwilę, w których pożyczamy samochód od kumpla i okazuje się, że u niego pod machą śmiga więcej koni niż u nas. Strasznie lubię takie momenty, gdy wciskam gaz w podłogę i efekt jest lepszy niż w moim wozie. Łapię się nawet na tym, że wtedy na każdych światłach daję z siebie wszystko. Po każdym wyjściu z zakrętu robię gwałtowny ruch prawną nogą i z niecierpliwością czekam aż wcisnę się w fotel, a zagłówek uderzy mnie w potylicę.

Niestety taka radość z reguły nie trwa długo. Nie mówię o tym, że czar pryska wtedy, gdy oddajemy pożyczone auto. To się dzieje dużo wcześniej. Chwila ta następuje w momencie, gdy nasz organizm przyzwyczaja się do posiadanej w samochodzie mocy. Po kilku przejażdżkach mam tak, że dalsze wciskanie pedału gazu nic nie daje. Nie czuję już tego co od razu po odpaleniu maszyny. Przecież silnik się nie popsuł, ale jednak już nie jest tak fajnie.

Zacząłem się też zastanawiać, czy istnieje coś takiego jak optymalna wartość mocy. Czy po prostu jest taka wartość wystarczająca. Taka, że więcej już nie trzeba. I ile ona by wynosiła, 100, 200, 300, a może 500 KM? Dawniej 100 KM uważało się za coś nad czym nie da się zapanować. Potem ta wartość dawała nam gwarancję płynności i dynamiki ruchu, natomiast teraz jest to tyle ile mają małe hatchbacki. Szczerze mówiąc, to ciężko teraz o samochód mający mniej niż 100 koni. Jedynie najmniejsze autka segmentu A lub dolnego B są wyposażane w motory o mniejszych mocach. Wniosek z tego taki, że ta optymalna wartość mocy ciągle rośnie.

Ciekawy jestem, czy istnieje taki samochód, w którym producent przykręcił trochę moc i stwierdził, że tyle właśnie będzie akurat. Jak dadzą więcej, to będzie to za dużo i będzie się gorzej prowadził. Dziś mam wrażenie, ze optymalnie to jest tak ze 200 do 300 koni. W zależności od masy i innych parametrów samochodu. Wiecie, wydaje mi się, że taka moc zapewni odpowiednią dynamikę, a jednocześnie byłbym to w stanie opanować przy ruszaniu bez mrugającej kontroli trakcji. Te 300 KM prawdopodobnie skutkowałoby też odpowiednim przyspieszeniem. Czułbym lekkie wciśnięcie w fotel, ale też nie urywałoby mi głowy w momencie dodawania gazu. Wiecie, rozumiecie. Czułbym się wtedy tak optymalnie. Tylko znowu najgorsze pytanie, na jak długo? Po jakim czasie chciałbym więcej.

Dlatego też wpadłem na cudowny i radosny pomysł. Otóż inżynierowie powinni projektować tak silniki, aby tej mocy z każdym dniem przybywało. To byłoby świetne! Wyobraźcie sobie, że nie możecie się doczekać ponownego wejścia za stery Waszego samochodu, bo wiecie że czai się tam większa moc. Wiecie, że autem jeździ się coraz przyjemniej. Założę się, że każdy z Was poszedłby na to (chyba, że ma tedeika). Przyjemność rosłaby, w miarę jeżdżenia.

Dopiero teraz zrozumiałem, że jestem geniuszem. Zaraz pójdę do prezesa jakiegoś koncernu i powiem co wymyśliłem. Przy obecnej technologii to chyba nie problem. Liczy się pomysł, a to ja na to wpadłem, zaraz opatentuje sobie i dolary będą moje.