Ostatnio, lecz jeszcze przed nowym rokiem miałem ciekawą i dość emocjonalną przygodę. Dla Was okażę się pewnie nudna jak wycieczka szkolna do muzeum, ale dla mnie to było coś. Tak duże coś, że aż powróciły mi pewne wspomnienia. Mianowicie przejechałem się pierwszą Skodą Octavią. Tak, 1.9 w tedeiku. Wzruszyło?

oc_001_8421

No raczej mnie też by taki wstęp nie ujął i nie rąbnąłbym głową o blat z zachwytu nad takim przeżyciem. Większości pewnie srebrna Octavia w Dieslu kojarzy się z handlowcem, większą korporacją lub zwykłą wypierdzianą taryfą z milionem drzewek zapachowych na lusterku. Macie racje, bo ja też mam takie skojarzenia jak mijam podobne auto na drodze. Co więcej, w większości przypadków jest to słuszna diagnoza. Kiedyś nawet zacząłem się zastanawiać czy ten samochód był dostępny dla prywatnych klientów. Pewnie tak, bo w końcu w motoryzacji mamy wolny rynek, ale przyznacie, że spotkanie prywatnej Octavii to jak znalezienie w centrum Warszawy publicznej toalety. Z tą którą chce Wam dzisiaj opisać jest bardzo podobnie. Mowa o srebrnej Octavii z najpopularniejszym 90-konnym silnikiem Diesla 1.9 TDI. W rodzinie znalazła się przez mojego Ojca, który otrzymał to auto jako samochód służbowy, a następnie gdy wyjeździła swoje została odkupiona i trafiła również do rąk rodzinnych.

Wiem, że z perspektywy czasu, to zwykłe auto. Nie jest to sentymentalny Mercedes z potężnym silnikiem czy urocze, niewielkie BMW przykładowo E30. Z pozoru wydaje się to być samochód, w którym nie da się zakochać. Nie jest też to piękny Fiat z ponadczasowym designem, ani równie, albo jeszcze bardziej piękna Alfa. Skoda Octavia nie ma też żadnej historii rajdowej którą można się zachwycać i nad którą ktoś by westchnął. Wątpię też, że ktokolwiek na świecie ma plakat z pierwszą generacją Skody Octavii. Sam bym go sobie nie przywiesił. Daleko też Skodzie do wywołania jakichś emocji w przechodniach. Jednym słowem efekt WOW na poziomie ni to dodatnim, ni to ujemnym. Zwykłe czeskie wozidło zerżnięte od Volkswagena. Niczym nie zachwycające, nudne i pospolite.

Ja jednak mam do tego samochodu ogromny sentyment i nie jest on dla mnie obojętny. Mijam go codziennie jak wychodzę z domu i zawsze wywołuje on we mnie pozytywne emocje. Wzięło się to chyba stąd, że był to pierwszy naprawdę dobry i porządny samochód w rodzinie. Gdy do nas trafił ja byłem jeszcze dzieckiem i nie bardzo ogarniałem auta. Umiałem rozpoznawać marki, wiedziałem że Ferrari jest czerwone, drogie i szybkie, Mercedes ma gwiazdę na przedzie, a BMW jest ładne i ma klasyczne kształty. Przed Octavią mięliśmy Escorta, który również nie był zły i z pewnością był dużo lepszy niż Polonez czy Maluch. Jednak wnętrze Forda było bardzo ubogie. Jedna poduszka, brak klimy, brak ABS, szyby na korbkę i tandetne plastiki.

110707-027-for

Pamiętam jak pierwszy raz wsiadłem do Octavii. Świat się dla mnie zmienił. Wszystkiego było w opór. Miałem wrażenie, że wsiadłem do Rolls-Royce’a (choć wtedy jeszcze w żadnym nie siedziałem). Jakość wykonania wnętrza była oszałamiająca. Cała masa różnych wskaźników, przycisków, wysuwanych uchwytów. Schowek wentylowany z lampką, inny schowek pod fotelem, elektryczne szyby i oczywiście obiekt marzeń tamtego okresu – klimatyzacja. Byłem zdziwiony i na tamte czasy zszokowany, że w samochodach są w ogóle takie rzeczy jak termometr. Pamiętam jeszcze jak bawiłem się wysuwanym uchwytem na kubek. Normalnie jak dziecko. A nie, sorry, byłem dziecko. Zwróciłem też uwagę na elegancko obszytą skórą kierownice. Wtedy był to też nowy samochód prosto z salonu, więc zapach też był inny niż w starym, zajeżdżonym gracie.

Te wszystkie uczucia i przeżycia związane ze zwykła Skodą spowodowały, że do dzisiaj traktuje ją jako pewien wyznacznik. Chciałem napisać, że wyznacznik luksusu, ale się pohamowałem, bo co to dzisiaj za luksus? W każdym samochodzie są takie „bajery”. Dzisiaj mogę jedynie użyć słowa wyznacznik przyzwoitości. Jest tam tyle ile potrzeba moim zdaniem, a mniej to już by było trochę kiepsko. Wiecie, dzisiaj samochód bez klimy to lipa.

O tym jak dzisiaj odbieram opisaną wyżej Skodę przekonałem się, gdy mój samochód nie odpalił na mrozie. Stał ponad tydzień nie jeżdżony, to akumulator miał prawo wyciągnąć kopyta. Ratunkiem była nieśmiertelna Skoda, która naprawdę jest bardzo niezwodna. Przez te wszystkie lata tam się chyba nic nie schrzaniło. Pękła miska olejowa i linka w drzwiach. Tylko. Gdy wtedy wsiadłem do Octavii po dłuuugiej przerwie niestety nie poczułem się jak dawniej. Silnik co prawda odpalił bez problemu, ale nie z taką kulturą do jakiej przyzwyczaiły mnie obecne samochody. Materiały we wnętrzu określiłbym jako „zwykłe”, tapicerkę jako kiepską, a o komforcie podróżowania lepiej żebym się nie wypowiadał na głos. Jest to dowód na to, ile zmieniło się w samochodach przez ponad 10 lat.

Dlatego teraz już nie dziwią mnie ludzie dopieszczający swoje ulubione samochody, które dla mnie wydają się być nudne i pospolite. Rozumiem wszystkich co kochają stare Felicje, Punto pierwszej generacji, czy dawne Peugeoty bez ogólnie nam znanej historii. Bo taka historia istnieje, ale jest pisana indywidualnie.