Mam nadzieje, że nie przestraszyła Was ta fotka tytułowa i nie pomyśleliście sobie, że zmieniłem branże na narciarską. Po prostu mam urlop od blogowania i pojechałem sobie na narty trochę pośmigać i naszła mnie ciekawa refleksja, którą w dość prosty sposób da się połączyć z samochodami.

Zacznę od tego, że od kilku dni kompletnie nie mam czasu na śledzenie nowinek motoryzacyjnych ani nawet tego co dzieje się na innych blogach o podobnej tematyce. Wiem jedynie, że Blogo w coś puknął przy cofaniu i teraz żali się na cały internet tak bardzo, że nawet go na Pudelku pokazali. Jednak nic poza tym. Jeśli w przeciągu ostatnich kilku dni wymyślono samochód, do którego nie trzeba dostarczać żadnej energii, a ten i tak jedzie, albo pojazdy autonomiczne tak się rozwinęły, że cały świat już z tego korzysta, to nic mi na ten temat nie wiadomo. Choć szczególnie bym się nie przejął i bez zagłębiania się w genezę tego zjawiska stwierdziłbym, że wyewoluowało ono gdzieś w Chinach bo ten kraj rozwija się chyba najszybciej.

Ale dość biadolenia, miałem wspomnieć coś o nartach i samochodach. Otóż jestem podobno dobrym narciarzem, bo jeżdżę już kilkanaście lat, prawie co roku i wydaję mi się, że robię to całkiem nieźle. Jednak nie jestem bardzo doświadczonym narciarzem. Przez swoją długoletnią i niezwykle owocną karierę jeździłem tylko na jednej parze nart! Ogarniacie problem? Dawno, dawano temu, kiedy o carvingach jeszcze się tylko marzyło dostałem narty średnio taliowane i śmigałem na nich przez kilkanaście sezonów aż do teraz. Wydawało mi się, że są spoko wszak całe porysowane, podrapane, bo niejednokrotnie zdarzało mi się na nich przejechać niekrótki odcinek całkowicie bez śniegu. Postanowiłem jednak zmienić swój sprzęt i pożyczyłem od kogoś tam w rodzinie lub nie, nowoczesne narty carvingowe. Są tak szerokie, że mógłbym nawet po wodzie na nich naginać oraz tak taliowane, że z trudem jest do czego wiązanie przykręcić. Jednym słowem są takie jak mają teraz wszyscy co ładnie jeżdżą, a nawet ci co rozwijają prędkości zbliżone do tępa pracy urzędników.

Zanim jeszcze skusiłem się na carvingi, przewidywałem że będą one lepsiejsze. Ogarniam mniej więcej zasady fizyki i nie trudno się domyśleć, że narta która jest tak wyprofilowana przez swoje wygięcie będzie się lepiej prowadzić przez co skręcanie okaże się dużo łatwiejsze. Ale kurde o ile łatwiejsze! Tego to nawet w snach nie przewidywałem. Niektórzy już wcześniej mi mówili, że taki rodzaj nart prowadzi się sam jak te pojazdy autonomiczne, ale jakoś średnio w to wierzyłem, bo do nart niejednokrotnie widziałem przytwierdzonych narciarzy. Co więcej wyglądali na zaabsorbowanych jazdą – stwierdziłem to po ich ruchach. Gdy przestawali się wyginać na różne strony lądowali w śniegu, co oznacza, że narty same się nie jeżdżą. Natomiast bardzo to ułatwiają, Bardzo, bardzo. Tak bardzo, że wydały mi się beznadziejnie proste w obsłudze i nie potrzebowały kompletnie żadnych szczególnych umiejętności.

Pamiętam, gdy jeździłem na swoich półcarvingach, to nie byłem w stanie zjechać całego stoku kilometrowego bez zatrzymania się na odpoczynek, choć na kondycję nie narzekam. Podczas jazdy czułem jak moje uda się przegrzewają i proszą mnie błagalnym piskiem o odpoczynek. Nie byłem w stanie jeździć też bez postoju w barze. A na carvingach? Jeździłem wczoraj cztery godziny prawie bez przerwy i ani razu nie zatrzymałem się choćby na chwileczkę. Nie czułem takiej potrzeby i uważałem to za stratę czasu. Mógłbym nawet wysunąć taką tezę, że gdyby nie pogarszająca się widoczność na stoku i ograniczony budżet dałbym radę tak jeździć bez końca i może zapisałbym się w Księdze Rekordów Guinnessa.

Takie bezwysiłkowe zapieprzanie po śniegu z góry na dół od razu skojarzyło mi się z nowoczesnymi samochodami. One są dokładnie takie same jak współczesne samochody. Każdy głupi tym pojedzie nawet bardzo szybko, mimo iż nie wykazuje żadnych ponadprzeciętnych umiejętności. Po prostu wsiada, daje buta w podłogę i jedzie. Ustawia se jeszcze aktywny tempomat i normalnie, centralnie ma wszystko w dupie. Samo przyspiesza, samo hamuje, a kręcenie kierownicą odbywa się tak delikatnie jak głaskanie cudzego kota, którego chwilę po zobaczeniu właściciela określimy jako słodziak.

large__8647921280

Tak już jest. Dzisiejsze samochody są projektowane z myślą o idiotach, co nie umieją zmieniać biegów, hamować inaczej niż z całej siły i płynnie ruszyć na śniegu. Dawniej, w samochodach starszej daty odbywało się to zupełnie inaczej. Kierowca nie mógł lecieć pełną bombą w ośnieżonym zakręcie, bo ten mógłby być jego ostatnim. Ruszanie z miejsca też było kłopotliwe i zdecydowanie różniło się od dzisiejszego.

Identycznie jest z tymi carvingami, na których bawię się tej zimy. Są fajne, spoko i polecam, ale kurde brakuje mi tego mojego zaangażowania. Chyba są trochę zbyt łatwe, albo ja jestem zbyt wymagający. To samo przeżywam ze współczesnymi samochodami. Jakoś rok temu testowałem zwykłego Leona. Nie jakąś tam limuzynę ze wszystkimi bajerami tylko średniej klasy Leona. I nijak nie dało się w nim rozbić. Był śnieg na drodze, a ja hamuje tak jak nie powinienem i dupa. Poślizgu nie ma. W zakręt za szybko? A co mi tam. Nie ma czegoś takiego jak za szybko. Mrygała żółta lampka i auto naglę się prostowało. Pojechałem pod Narodowy sprawdzić jaki ma rękaw i poobracać się parę razy, ale gdzie tam. Ta sama historia. Tyłek trochę wyleciał nadsterownie, ale podejrzewam, że laik nawet by się nie zorientował.

To są właśnie podobieństwa między współczesnymi samochodami i nartami. Mówi się, że do aut ładują za dużo elektroniki, ale do nart? Rozebrałem całe i nie znalazłem żadnego kabla. Musicie pokombinować dalej, a ja spadam na stok póki ktoś całkiem nie ukradnie mi śniegu.