Gdy wczoraj prowadziłem samochód otaczająca mnie nuda i kiepska pogoda wywołały w mojej głowie bardzo dziwny stan. Przez dłuższy czas miałem wrażenie, że moje zwoje mózgowe oswobodziły się z leniwego bezruchu i zaczęły pracować. Tak, przez to nieuniknionym dla mnie procesem było myślenie. Najgorsze było jednak to, że nijak nie mogłem temu zaprzestać! Myślałem i myślałem i o to co wymyśliłem przez jakieś pięćdziesiąt kilometrów. Kraina motoryzacyjnej utopii.

Dawniej też już się nad tym zastanawiałem. Jestem pewien, że Wy też skoro interesujecie się samochodami. Tylko aż do wczoraj nie byłem pewien jak powinna wyglądać owa motoryzacyjna utopia. Miałem jakiś ogólny szkic, ale cięgle coś się w nim zmieniało. Nie mogłem się zdecydować na ostateczny pomysł, taki żebym powiedział „Tak, to jest kurde to!”. A teraz proszę, kilkadziesiąt kilometrów jazdy przez jakieś zadupia po kiepskiej nawierzchni podczas beznadziejnej pogody z niedziałającym spryskiwaczem przedniej szyby i już wiem jak powinno się żyć i jeździć na drogach. Zaraz dzwonie do ministra infrastruktury czy czegoś tam i opowiem mu co trza pozmieniać. Bo tak dalej być nie będzie!

Na początku chciałbym, żeby ludzie na drogach byli dla siebie dobrzy, szanowali się i nie chcieli swoją rozpędzoną maszyną wszystkich pozabijać. Celowo nie użyłem w tym zdaniu słowa rozsądni, bo kojarzy mi się ono z jakimś starym gościem w okularach co nigdy niczego nie spróbował bo był zbyt rozsądny. Taki co nie jeździ windą bo to nierozsądne, a do marketu chodzi z własnym wózkiem bo w jego głowie to słuszne rozwiązanie. Tak wiec, nie chodzi mi o takich ludzi, lecz o takich co szanują się nawzajem. Co rozumieją, że gdy wpadną ciężkim samochodem na pełnej bombie w przystanek to ludziom oczekującym na autobus może taki manewr nie wyjść na zdrowie.

Gdy już byśmy osiągnęli ten pierwszy stan, czyli normalne społeczeństwo zasiadające za kierownicą swoich ukochanych samochodów, to należałoby bezwzględnie zlikwidować wszystkie ograniczenia prędkości. Nie chodzi mi o to, żeby zachęcić ludzi do grzania na pełnym gwizdku i traktowania zwykłej ulicy jako wyschniętego jeziora Bonneville do pobijania rekordów prędkości, tylko do normalnej jazdy nieskrępowanej widzimisię jakiegoś cwaniaka w garniaku potocznie określanego mianem ministra. Chciałbym, abym w mojej motoryzacyjnej utopi nie wyszedł na oszołoma mówiąc, że chyba każdy kierowca wie lepiej z jaką prędkością powinien jechać w danym miejscu niż minister. Takie rozwiązanie wydaje mi się naturalne i normalne, ale tylko w przypadku gdy moja pierwsza myśl odnośnie odpowiednich ludzi będzie spełniona.

Nie miałbym nic przeciwko, gdyby część osób jeździła szybciej, druga część tak samo jak dotychczas, a jeszcze inna część robiłaby to wolniej. Chciałbym natomiast, aby nikt nie przekraczał swoich możliwości i umiejętności bezpiecznego prowadzenia samochodu. Gdy byłbym wyspany i wypoczęty prowadziłbym szybciej, bo uznałbym to za bezpieczne wszak to nie prędkość zabija. Natomiast gdy wracałbym po ciężkiej pracy, czy po treningu z jakiejś siłki chciałbym się wlec góra 40 km/h bo czuję, że jest to maksymalna prędkość z jaką robię to bezpiecznie. Nie chciałbym też, aby ktokolwiek na mnie trąbił lub puszczał zajączki, gdy jadę trochę wolniej. Żeby osoba za mną była przekonana o tym, że nie naciskam mocniej na gaz tylko po to żeby kogoś zdenerwować, lecz dlatego że gdy przyspieszę to mogę stracić kontrolę nad samochodem. Oczywiście konsekwencją zlikwidowania ograniczeń prędkości byłby brak fotoradarów. Zgodziłbym się natomiast na pewne sugestie dotyczące odpowiednich szybkości. Nie stanowiłyby one prawa, lecz pewną podpowiedź dla osób nieznających terenu.

Kolejnym etapem mojej motoryzacyjnej utopii byłaby zmiana praw i obowiązków służb porządkowych. Uważam to za nienormalne, że policja może mnie zatrzymać do kontroli uzasadniając to typowym dla nastolatek „bo tak”. Jeśli jadę poprawnie, nie powoduję zagrożenia na drodze i nikomu nie przeszkadzam, to z jakiej racji miśki się mnie czepiają? Gdyby mój styl jazdy komuś zawadzał, to owszem. Jestem za tym, aby mnie zatrzymali, dali upomnienie lub stosowny mandat. Jeśli ktoś uznałby, że jestem niebezpieczny powinni zatrzymać mnie czym prędzej i choćby siłą wywlec jak bandytę z samochodu. Ale nigdy bez uzasadnienia!

Chciałbym też, aby policji było stosunkowo dużo na drogach, ale żeby ich widok kojarzył mi się z poczuciem bezpieczeństwa, a nie strachem przed mandatem. Oni powinni dbać o porządek i harmonie na drogach. Być naszymi wysłannikami za co oczywiście mieliby płacone z podatków. Gdyby jakiś policjant uznał, że światła działające na pewnym skrzyżowaniu nie spełniają swojego obowiązku, miałby prawo wysiąść z auta i pokierować ruchem tak jak umie najlepiej. Byłbym też szczęśliwy gdyby poproszeni o pomoc udzielali jej.

Za normalne uważam też szanowanie wolności drugiego człowieka, a za samą wolność rozumiem takie działania, które nie szkodzą innym. Konsekwencją takiego szacunku byłby brak odgórnego nakazu zapinania pasów bezpieczeństwa. To czy ktoś je zapina lub nie powinno zależeć tylko od kierującego, gdyż na osoby trzecie jego decyzja nie wpływa w żaden sposób. Od kierowcy powinno zależeć czy zapnie pas, przywiąże się sznurkiem do fotela, czy też założy sobie klatkę bezpieczeństwa, kubełkowy fotel, pięciopunktowe pasy bezpieczeństwa i na co dzień będzie jeździł w kasku. Jego sprawa, nie moja i ja to szanuję. To samo rzecz jasna tyczy się motocyklistów. Jeśli któryś z nich zechciałby przejechać się na swojej maszynie bez kasku powinno być mu to dozwolone. Nikogo nie krzywdzi swoją decyzją.

origin_11332057

Ale mi się marzy taki kraj, tacy ludzie i takie przepisy. Do tego jeszcze tania waha i żyć nie umierać. Kupiłbym sobie wtedy jakiegoś mocnego Mustanga z lat 60-tych. Odnowił go, ale nie tuningował bo takich nie lubię, a przy sobie trzymał dla bezpieczeństwa jakąś dobrą klamkę. W bagażniku woziłbym za to dwururkę i trochę amunicji. Nie dlatego, żeby od razu strzelać. Po prostu. Bo lubię.