To nie jest tak, że jestem przeciwnikiem wszystkiego. Ja tylko nienawidzę głupoty. W szczególności głupoty ludzkiej. W szczególności takiej, gdzie ktoś na siłę wprowadza jakiś przepis jednocześnie się na tym kompletnie nie znając, bo myśli, że tak będzie lepiej. Otóż gówno prawda.

Ostatnimi czasy, gdy wracałem z wyjazdu na narty do stolicy przekonałem się na własne oczy jaki ktoś był głupi. Nie chodzi mi o rozkopane drogi, krzywe objazdy, czy dziwną sygnalizację świetlną. Do tego zdążyliśmy się już chyba wszyscy przyzwyczaić i pewne rzeczy już nas nie dziwią. Nie będę też wylewał żółci na fotoradary.

Gdy wracałem było już ciemno, więc jedyne co było widać to światła innych samochodów, sygnalizacje, czasami drogę i te pieprzone, podświetlane znaki ostrzegawcze. Z reguły są one delikatnie rozświetlone i mrugają tak, że nikomu to nie przeszkadza. Niestety w tym wypadku jakiś bałwan postanowił zamontować tam najmocniejsze światełka jakie tylko znalazł w katalogu. Podejrzewam, że ktoś kto projektował te tablice najpierw zajmował się oświetleniem hipermarketów lub Pałacu Kultury, gdzie płacono mu chyba za każdy foton wysyłany przez montowane oświetlenie. Tutaj postąpił tak samo. Niezbyt przejął się samym znakiem, za to naładowanie tablicy żarówkami, diodami, czy co tam się jeszcze wsadza wyszło mu perfekcyjnie. Efekt jest tego następujący.

mapa

Jak sami widzicie, nawet na Google Earth widać rozbłyski sygnalizacji. Wiem, że to pewnego rodzaju sukces i można się tym chwalić, ale jak prowadzimy samochód, to błyski z tego wynalazku oślepiają nas kilka razy bardziej niż samochód jadący na długich. Do głowy mi nie przychodzi jak wielkim trzeba być idiotą żeby zamontować takie ustrojstwo przy drodze. I to jeszcze w imię bezpieczeństwa!

Moje odczucie było takie. Gdy zobaczyłem pierwszy tego typu znak i dostałem flesza prosto w twarz, pomyślałem dobra, spoko. Wypadek przy pracy. Ktoś za mocno podkręcił żaróweczki i tak wyszło. #Smuteczek. Natomiast, gdy sytuacja się powtórzyła i kolejny błysk poprawił efekt poprzedniego, moje zmęczone po kilku godzinach jazdy oczy tego nie wytrzymały. Przez niekrótką chwilę przed oczami miałem efekt błysku, o którym pisał Albin na swoim blogu oskarżając o to drogowych paparazzi.

Po kolejnych kilku fleszach już kompletnie nic nie widziałem i wracałem do domu z zamkniętymi oczami. Prawdę mówię. Na szczęście znałem już drogę, więc jakoś mi to szło. Dodatkowo po omacku włączyłem sobie nawigację, aby ta urocza pani z urządzenia dokładnie mówiła mi gdzie mam skręcić. Fajne uczucie. Przez ten czas czułem się jak kierowca rajdowy. Oni często powtarzają, że to pilot nimi kieruje, a oni tylko wykonują jego polecenia. Jakiś czas temu jak byłem na wykładzie z Michałem Kościuszko i ktoś mu zadał pytanie, czy jeśli pilot się pomyli to jest szansa, że on widząc zagrożenie zareaguje właściwie, a nie tak jak mu powiedziano. Odpowiedź była krótka. Jeśli tak by było, to funkcja pilota byłaby zbyteczna. Jako kierowca musi mu ufać całkowicie, a jak ten się pomyli to trudno. Dzwon.

I ja przez te głupie znaki czułem się właśnie jak taki kierowca „rajdowy”. Zamknięte oczy i pani z nawigacji, której jak to kobiecie mylą się kierunki. Jak można mówić zamiast „w lewo”, to „w plewo”?! Jest to trochę denerwujące, gdy elektroniczny głos mówi Wam „skręć w plawo, a następnie w plewo”. Że gdzie kurwa? No właśnie. Z początku myślałem, że to może jakieś nazwy miejscowości, ale że byłem już pod Warszawą to szybko stwierdziłem, że to niesłuszne podejście do tematu.

Potem nawet zacząłem się zastanawiać, czy może te oczojebne tablice nie stoją tam specjalnie, aby zmusić kierowców do jazdy intuicyjnej. Do wytężenia innych zmysłów, bo wzrok to chyba już każdy stracił, kto się tamtędy przejechał po ciemaku. Takie niby podnoszenie umiejętności kierowców. Sprawdzają jak „czujemy drogę”.

Jeśli jednak to prawda, to mam prośbę do osoby, która zarządza tymi znakami. Wprowadźmy w życie jeszcze jeden znak ostrzegawczy dla kierowców. Żółty trójkąt z czarnymi okularami mówiący „Uwaga, przygotuj się na oślepienie”.