W temacie elektroniki, nowoczesnych gadżetów i wszystkiego co zaczyna się na e-cośtam lub iCoś jestem zupełnie zielony jak listek na szybie początkującego kierowcy, który dopiero co opuścił Skodę Fabię z L-ką na dachu. Dopuszczam do siebie, że istnieją takie rzeczy, ale nie wywołują one na mojej twarzy większego zainteresowania niż zbliżające się Wielkanocne orędzie prezydenta.

Mógłbym się całkowicie odciąć od nowoczesnych technologii i żyć jak jakiś dziad w pieczarze bez neta i telefonu, ale rzecz w tym, że nie chcę. Zdaję sobie doskonale sprawę, że te wszystkie urządzenia znacznie ułatwiają mi życie. Jak coś chce od kolegi to wysyłam sms. Jak muszę coś załatwić to zamiast dygać na pocztę, loguję się do mojej skrzynki i klikam przycisk „wyślij”. Naprawdę zajebista sprawa, ale mimo to nie przepadam za najnowszymi technologiami.

Bo są one gówniane.

Tylko mówi się, że elektronika to najszybciej rozwijający się obszar i tam to jest dopiero postęp. Ale sorry, jakoś tego nie kumam. Z tego co zauważyłem, to rozwój w popularnych urządzeniach elektronicznych polega na dodawaniu większej ilości gigabajtów do dysku twardego i pamięci podręcznej. Podkręcaniu trochę procka i lepszej grafiki.

Jest to tak samo prostackie jak w otaczającej mnie motoryzacji. Co to za postęp wdmuchać turbosprężarką trochę więcej koni do silnika? Tak, żeby ze 115 KM zrobić w następnej wersji 130 KM. Albo dodać kilka nitków więcej. A spalanie to już tylko kwestia trików.

Z tym, że jest jeden plus przeważający postęp w motoryzacji nad postępem w elektronice.

Działa.

Czego nie można powiedzieć o nowym sprzęcie elektronicznym. Zdaję sobie sprawę, że obecne samochody nie są tak dobre jak mogłyby być, ale to i tak inna liga niż to co dzieje się w e-świecie.

Pomijam to, że jak nowy iPhone 13 spadnie na ziemię to tłucze się tak, że jego poszczególne cząsteczki po prostu przestają istnieć, albo to że jeśli nie dokonamy aktualizacji to jedyną funkcją z jakiej będziemy mogli korzystać jest kalkulator. Bez sinusów.

Kilka tygodni temu byłem na wyjeździe ze znajomymi. Pewnego wieczoru skończyło nam się piwo, więc musieliśmy wziąć się za inną robotę. Oglądanie filmu okazało się dobrą propozycją. Nie z programu TV, bo wszyscy wiemy, że jest żałosny, a poza tym każdy z nas już zna Kevina na pamięć.

Filmy były na dysku wymiennym koleżanki, która miała lapka, ale z małym ekranem. No to wiadomo co trzeba zrobić. Podpiąć ten dysk wymienny do dekodera w telewizorze, zrobić popcorn i oglądać.

Niestety.

Dekoder nie obsługuje tak dużych dysków jak jeden terabajt. W takim razie trzeba zgrać ten film przez komputer z dużego dysku na pendrive. Potem pendrive do dekodera i cieszyć się obrazem i pełnią dźwięku jak w jakiejś reklamie Media Markt. Okazało się, że film owszem da się odpalić, ale bez napisów. Smuteczek.

Na drugi ogień poszedł kolejny film. Ta sama procedura. Dysk, pendrive, dekoder. Spoko, tym razem film również gra i napisy lecą. Ale od końca. Nadążacie? Film od początku, a napisy od tyłu. W połowie powinno się zgodzić :)

Następnie daliśmy sobie spokój z filmami z napisami i trzeba było ogarnąć coś polskiego. Znalazł się i taki film, odpalamy, ale dźwięku brak.

Wkurwieni na system spróbowaliśmy podłączyć wymienny dysk koleżanki do lapka kolegi z większą przekątną ekranu. Okazało się, że też nie idzie ten film bo coś jest nie tak z formatem.

Wniosek z tego taki, że współcześni inżynierowie zajmujący się elektroniką i programowaniem nie są w stanie zrobić tak błahej rzeczy jak program, urządzenie na którym można obejrzeć film z dźwiękiem i napisami podłączając pierwszy lepszy film. To przerasta ich możliwości.

Dlatego uważam, że powinniśmy się mocno zastanowić nad iCarem lub innym e-samochodem. Bo może i to byłaby rewolucja, ale nie jestem przekonany czy w dobrą stronę. Bo jeśli ci ludzie nie umieją zrobić tak, żeby jeden film działał na jednym kompie i na drugim, a nawet na telewizorze to co oni zrobią z samochodem?

Wyobraźcie sobie, że zdejmujecie koło w aucie i macie problem żeby je potem zamontować na miejsce, bo części nie pasują. Każda śruba inna. Inna wielkość, inny gwint, inna podziałka. Rozumiecie jaki burdel? Ściągasz koło w 5 min, a w kolejną godzinę próbujesz przykręcić, bo owszem się da, ale nic nie pasuje. Części nie są kompatybilne. Otwór ze śrubą, łeb śruby z kluczem, a trytytka z taśmą klejącą. Szarą. Teraz jak Wam coś nie pasuje to wiadomo co się robi. Leje się po wszystkim WD40 i jakoś tam będzie. Ale obawiam się, że gdy zabiorą się za to ludzie na co dzień zajmujący się elektroniką to nic z tego nie będzie.

Trzeba zrestartować.

BSoD_in_Windows_8