Wiem, że żaden ze mnie Ajnsztajn i generalnie to ja nie należę do łowców umysłów, ale mimo tej przypadłości potrafię swoją skromną głową czasami ruszyć i uzasadnić kilka męczących mnie rzeczy. Zachowania innych osób też udaje mi się często rozkminić. To nie jest trudne, bo jak głoszą wszystkie mądre filmy z repertuaru familijnego, wystarczy jedynie wczuć się w tą osobę i po sprawie. Spróbujcie sami. Ja dla przykładu wczułem się w recepcjonistkę pobliskiej przychodni i już wiem czemu nigdy nie odbiera dzwoniącego w kółko telefonu.

Stosując tę technikę idzie w szybki i bezbolesny dla mojej głosy sposób zrozumieć zachowania większości kierowców. Wiem dlaczego ludzie przekraczają prędkość. To proste. Powód pierwszy. Można szybciej gdzieś dojechać. Powód drugi. Jest to często całkiem przyjemne. Nie dziwię się też kierowcom BMW próbującym każdy zakręt pokonać bokiem, co dla kierowcy Fiata Punto jest niedopuszczalne. Potrafię wytłumaczyć też czemu ludzie wsiadają po pijaku za kierownicę. To również nic trudnego. Jak ktoś lubi się napić, a akurat przyjechał do kumpla samochodem, to z czego ma zrezygnować? Z czegoś musi, a jeśli wódka lub inna mikstura w organizmie takiego osobnika oprócz przełyku i wątroby wypaliła coś jeszcze to sprawa jest jasna. Są jednak pewne zjawiska drogowe, w których niestety czuję się intelektualnym idiotą, bo nijak nie mogę sobie ich wytłumaczyć. Ani w żadnych książkach o tym nima, ani nawet w google. A jak tam czegoś nie znajduję to poddaje się. Nie ma co szukać. Koniec, kropka.

Ostatnio jedzie przede mną jeden z tych kierowców. Wlecze się 30 km/h i z tego co udaje mi się zaobserwować nie jest to okres przejściowy, a raczej prędkość docelowa. Co więcej, przed każdym zakrętem – nawet takim lekkim łukiem co to pokonuje się go bez odjęcia gazu – wciska pedał hamulca. Oczywiście niezbyt mocno, bo hamując z trzech dyszek wciskając heble do oporu stanąłby szybciej niż robota po fajrancie. Po wyjściu z opresji spowodowanym wykrzywieniem drogi jego prędkość wzrasta, ale na tyle powoli, że celowo nie używam słowa „przyspieszać”. To samo tyczy się ruszania z miejsca. Normalny człowiek wciska sprzęgło, zapina jedynkę, rusza, wkłada dwójkę i po chwili jedzie trzy dyszki. Tego nie widać. Ten proces trwa ułamek sekundy i nawet nie zwracamy na niego uwagi. Jednak prawdopodobnie dla niektórych taka kolej rzeczy zyskałaby miano brawurowej. A co za tym idzie, nierozsądnej.

Do dziś pamiętam jak jechałem za gościem w oklejonym Mondeo, który najwyraźniej nie wiedział, że współczesne samochody są wstanie bezpiecznie podróżować ponad 30 km/h. A może nikt w salonie nie wspomniał, że należy wrzucić dwójkę? Rezultat był tego taki, że w miejscu gdzie nie mogłem go wyprzedzić poruszał się tak wolno jakby pilotował pielgrzymkę do Częstochowy. Następnie czekało nas rondo, więc jeśli już poruszyłem temat religii to dodam, że byłem bliski odmówienia wszystkich modlitw jakie znam w celu prośby o to, żeby gość zjechał innym zjazdem niż ja.

Niestety.

Przed rondem tylko zwolnił, bo przecież mógłby z niego wypaść i się rozbić (co również byłoby dla mnie korzystne). Opuszczając je nawet nie pomyślał o zwiększeniu prędkości. Na prostej nadal poruszał się z obrotami jałowymi. Dopiero potem trochę wdepnął i na przestrzeni kilku kilometrów podniósł poprzeczkę zwiększając prędkość o kilkanaście kilometrów na godzinę.

Na szczęście potem mogłem go spokojnie wyprzedzić i jechać jak człowiek, ale do dziś nie mogę wyzbyć się tego idioty z pamięci. Jechałem za nim może kilka minut, ale bardzo intensywnie myślałem nad tym kto siedzi w kabinie (w sumie i tak nie miałem co innego do roboty jadąc za nim, więc właśnie myślenie okazało się jedynym zajęciem). Bo nie wiem jak Wam, ale mi do łba nie przychodzą żadne argumenty uzasadniające taką jazdę. Po prostu nie wiem co musiałoby się stać, żebym był wstanie tak jechać. Od razu wyjaśniam, ten gość niczego nie szukał, to było widać. On po prostu miał taki styl. I założę się, że nie zdawał sobie sprawy jak bardzo utrudnia tym życie innym.

Myślenie o tym facecie to jakiś koszmar. Cykliczny, okresowy, powtarzalny. Ja bym nie wytrzymał przyspieszania o 20 km/h w kilka minut. Zmęczyłoby mnie to psychicznie. Następnie dostałbym wylewu, oczy wypadłyby mi z oczodołów, a serce przestało pulsować.

Ale bym nie umarł. Bo jadące Mondeo należało do kliniki Medicover a w środku siedziało dwóch lekarzy w stroju ratowników. Pewnie pędzili na akcje.

Mondeo