Zawsze miałem farta do kontroli policyjnych. Jakoś nigdy na mnie nie trafiało. Nie przeginam z prędkością, jeżdżę raczej normalnie, więc się mnie nigdy nie czepiali. Kilka razy może zatrzymali i kazali dmuchać w rurę, ale to były tylko wyrywkowe kontrole. Mandat mi nigdy nie groził. Aż do teraz. Pan policjant pokazał lizak i kazał zjechać na pobocze.

20150403_183717

Jechałem sobie tak normalnie po mojemu, bez szaleństw. W oddali widziałem radiowóz na mrugających szklankach wyłapujący do kontroli. Jechałem mocno rzucającym się w oczy Cactusem, ale i tak nie przewidywałem, że mnie zatrzymają. Jednak pan policjant wyszedł stanowczo na drogę i kazał mi się zatrzymać.

Nie będę ściemniał. Trochę się zdygałem, ale kolana mi nie drżały. Wiedziałem, że nie zapieprzałem jak głupi, miałem rozsądną prędkość, fura nie moja, ale papiery mam. Powinno być gitara pomyślałem. Pewnie sprawdzą, czy nic nie piłem bo to było dzień przed świętami, sprawdzą skąd mam auto i się odwalą. Zatrzymałem się na poboczu, oczywiście włączając kierunkowskaz żeby władza się nie czepnęła i czekam.

– Dzień dobry panie kierowco, tu sierżant – podał imię i nazwisko – z wydziału ruchu drogowego z komendy stołecznej policji. Tu ma pan prędkość z jaką pan jechał, a tutaj czas pomiaru – pokazał mi na suszarkę.
– Dzień dobry, widzę – na wyświetlaczu była prędkość 81 km/h i czas czterdzieści kilka sekund. Nie wiedziałem o co chodzi, bo była to droga dwupasmowa, o całkiem dobrej nawierzchni, z poboczem i jeszcze dzielona metalową bandą. To chyba nie jest dużo jak na takie warunki stwierdziłem.
– A mi się wydaje, że jechaliśmy mniej niż pan pokazuje – zasugerowała moja pasażerka.
– W takim razie musze zaprosić pana do siebie.
Wyszedłem z samochodu, zabrałem papiery i prawko. Nie miałem żadnych zastrzeżeń co do prędkości z jaką mnie namierzył, choć szczerze mówiąc nie patrzyłem się wtedy na prędkościomierz. Dziwił mnie jednak czas pomiaru. Nie znam się na tych urządzeniach, ale czterdzieści kilka sekund we mnie celował? To gdzie ja wtedy musiałem być?

– Proszę pana, zmierzyłem panu prędkość w chwili gdy zmieniał pan pas.
– No tak, zmieniłem pas na lewy, bo na prawym jechał dostawczak i niewygodnie się za takim jedzie, mała widoczność.
– I w chwili zmiany pasa miał pan według pomiaru 81 km/h, pojazd dostawczy jechał wtedy 74 km/h i dlatego pana zatrzymałem.
– No ok, rozumiem. Ale pokazywał pan, że czas pomiaru wynosił ponad 40 sekund. Przecież to by oznaczało, że zaczął pan we mnie celować już chyba od tamtych świateł – pokazałem na światła które były tak daleko, że gołym okiem nie idzie rozpoznać jaki samochód tam jedzie. Szczerze mówiąc, to ciągnąłem tą rozmowę bardziej z ciekawości jak działa ten sprzęt niż po to żeby się kłócić.
– Panie Dominiku, to ja panu pokaże jak działa radar – przystawił sprzęt do twarzy jak snajpier karabin i mówi, że mierzy.
– No rozumiem.
– Widzi pan, zmierzyłem prędkość, a tu ma pan czas pomiaru – teraz trzymał już suszarkę wycelowaną w ziemię, prędkość rzeczywiście była, ale czas pomiaru nadal leciał.
– No dobrze, ale pan mi powiedział, że mój pomiar trwał w sekundach, a tu ma pan napisane „ms”. To jest milisekunda – jakby przytaknął to bym się nawet zgodził.
– Yyyyy, nie no to są sekundy – było po nim widać, że nie ogarnia trochę i zbiłem go z tropu – a jak pan się nie zgadza, to mogę skierować sprawę do sądu. Jechał pan 81 km/h w obszarze zabudowanym, specjalnie ustawiliśmy się równo 137 metrów przed znakiem (cwaniaki, nie? Jeszcze się przyznają). Przyjmuje pan mandat?
– No tak, co zrobić. Ja się z panem nie chcę kłócić, tylko po prostu pytam o ten czas pomiaru. No bo tak na logikę. Skoro pan mnie namierzał przez ponad 40 sekund, to w którym miejscu pan musiał zacząć pomiar (tego nie umiał powiedzieć).

Wtedy podszedłem do radiowozu i siedział tam drugi policjant. Też młody gość.
– Panie Dominiku, kim jest dla pana ta pani co siedziała w samochodzie?
– Yyyy, koleżanką – zawsze w takich chwilach mam ochotę odpowiedzieć, a co to pana obchodzi? Jednak się powstrzymałem.
– Bo ona chciała się ze mną kłócić, że pan tyle nie jechał w tamtym miejscu. Dlaczego się nie zgadzała?
– No to już musi się pan jej spytać. Ja ją tylko wiozę, ale przecież za nią nie odpowiadam. Może akurat widziała, że jechałem mniej w tamtym miejscu. Ja nie widziałem, pewien nie jestem, więc się nie kłócę.
– Oj bo to wszystko przez te kobity, to one przecież to jabłko zerwały – włączył się ten drugi policjant w radiowozie.
– To nie było jabłko tylko ogólnie owoc – odpowiedziałem mu.
– Dobra, dobra, ale przyjęło się że jabłko. A czym się pan zajmuje, że pan takie rzeczy wie?
– No to jest taka wiedze, że się wie i tyle. Ogólna.
– Ta, bo ja na przykład nie wiedziałem – chciałem odpowiedzieć, że nie ma się czym chwalić, ale również się powstrzymałem.
– Jest pan osobą wierzącą? – też pytanie kompletnie z dupy bo co go to obchodzi. Pyta cały czas ten drugi.
– No tak.
– A czym pan się zajmuje? Skąd pan ma takie auto? – chyba wywiad robili lub jakąś ankietę przeprowadzali.
– A to nie moje jest. Dzisiaj do testów dostałem i jeżdżę tak sobie.
– A to ten Cactus jest? Jak się nim jeździ? – ciągle pyta ten drugi, a ten pierwszy siedzi w samochodzie wyprostowany jakby szpadel połknął i nie włącza się do rozmowy.
– A całkiem spoko, rakieta to to nie jest, ale tak do wożenia się spokojnie po mieście w kilka osób to jest fajny. I oryginalnie wygląda.
– Ma turbo? – zaciekawił się na serio.
– Nie, nie ma. Wolnossący, 1,2 litra, trzy gary.
– Pokaże pan na chwile dowód jeszcze.
Dałem mu, popatrzył z tyłu.
– 60 kilowatów. Ile to będzie koni?
– 82.
– E, to ja nie wsiadam jak ma poniżej 200.
– A tutaj panowie ile macie w tej Kii?
– 140 – chórem mi odpowiedzieli.
– Pewnie w dieslu, nie? – spytałem, ale byłem prawie pewien.
– Tak, to diesel.
– No to ja bym tym Cactusem panom nie uciekł. On nie jest dobry na pościgi.
– No, a kiedyś mieliśmy taką sytuację, że jedziemy i Poloneza trzeba było złapać, bo też trochę przekroczył prędkość. My mu machamy a on nic, dalej swoje. No to my normalnie za nim w pościg, a ten jeszcze szybciej. Myśleliśmy, że to jakiś po tuningu i że buda tylko od Poloneza. W końcu jak żeśmy go już jakoś złapali, to pytamy co on z nim zrobił, że taki szybki? Powiedział, że tylko wyważył silnik. Rozumie pan, wszystkie tłoki, wał, łożyska. Zajął się tym i jeździ. A wie pan jak chodził? Równiusieńko.
– A czym go wtedy goniliście? Kią? – zainteresowała mnie ta historia, więc pytałem i już trochę zapomniałem o tym, że oni chcą mi dać mandat.
– Nie, Focusem pierwszym. I widzi pan, nie mogliśmy dogonić.
– A jak wam się te Kie spisują? Bo ja nigdy Ceed’em nie jeździłem, ale za to kilka Hyundai przerabiałem. A to podobne.
– Nie jest najlepsze – znów razem odpowiadają – ale to jak te samochody po dupie dostają to całkiem nieźle się trzymają. Jestem godny podziwu, tylko zawieszenia trzeba wymieniać – dorzuca ten drugi.
– Dobra, panie Dominiku, niech pan tak nie stoi na dworzu bo zimno jest. Widzę, że jest pan w porządku, nie kłóci się pan jak pana koleżanka, więc nie daje mandatu. A tej koleżance to bym dał. Życzę wesołych świąt i spokojnej jazdy.
– Dziękuję bardzo, nawzajem.

Nie ukrywam, że cieszę się z tego, bo jakby nie patrzyć 300 zł zostaje w kieszeni. Nie wiem czemu nie wypisali mandatu, czy to jakaś akcja przed świętami, czy może w rozmowie ogarnęli, że nie jestem piratem drogowym. Nie ogarniam, ale cieszę się.

Jednak ta sytuacja dała mi pewien obraz jak to wszystko działa. Wiedziałem, że ich nie obchodzi bezpieczeństwo tylko statystki, ale jakoś nigdy nie miałem z tym do czynienia osobiście. Przynajmniej na drodze. Sam fakt, że ustawili się 137 metrów przed tablicą z odwołaniem obszaru. Nawet mi powiedział ten pierwszy, że specjalnie tak stoi. A łapali jak wcześniej wspomniałem na drodze dwupasmowej. Z dużym poboczem, trawnikiem, rowem. Kierunki były oddzielone metalową bandą. Nie uważam, żeby 81 km/h było zbyt wiele.

Druga sprawa to ten czas pomiaru. Czterdzieści kilka sekund przy takiej prędkości to jest od cholery. Przejechałem jakieś 700 metrów wtedy, a ten mi mówi, że mnie w konkretnym punkcie złapał. To w punkcie czy przez 40 sekund mnie namierzał? Poza tym, nie wiem czy zwróciliście uwagę, ale on mi jeszcze podał prędkość dostawczaka jadącego przede mną. A miał jeden radar. To jak on to zrobił? Mnie namierzał przez 40 sekund i jeszcze tamtego na szybkości ogarnął? Kupy mi się to nie trzyma. Powinni ustalić zeznania bo sami widzicie co z tego wychodzi. I jeszcze te milisekundy. W konia mnie nie zrobią. Jestem pewien, że „ms” to skrót od milisekunda jeśli chodzi o czas. Podejrzewam, że sam nie wiedział co jest co w tej suszarce, tylko szuka frajera. Też byłbym takim frajerem gdyby nie ich końcowa decyzja, bo przecież zgodziłem się na mandat. A wiedziałem, że coś jest nie tak.

Nie mam nic przeciwko patrolom policyjnym, nie pisałem nigdy na murach HWDP, ale sorry. Ciężko mieć do ich działań szacunek, mimo że ten drugi policjant to pewnie spoko gość. Widać, że lubi samochody, nic do niego nie mam.

Ale niech wezmą się za łapanie ludzi przed szkołami, lub w prawdziwych miastach, a nie tylko tam gdzie nie ma tablicy odwołującej.