Chyba każdy normalny i zdrowy na ciele i umyśle człowiek ma w swojej głowie coś takiego jak garaż marzeń. Czyli miejsce gdzie… yyy no chyba nie muszę mówić co tam jest bo wierzę, że to się rozumie samo przez się. No właśnie, także tego. I zdaję sobie też sprawę z tego, że każdy chciałby mieć taki garaż przy domu, a nie tylko w swojej głowie. Ale to oczywiście jak się już dorobi. W takim garażyku znajdowałyby się za szybką wypucowane Ferrari, Lamborghini, stare Mustangi, limitowane M3 i sprowadzane z Rajchu Passaty. No dobra, poniosło mnie z deczka z tym ostatnim. Jednak ideę chyba wyraźnie przekazałem. Z tym, że właśnie ja chyba nie jestem zwolennikiem takiej idei.

Bo #mianowicie rozpocznę od tego swoją wypowiedź, że jestem typowym użytkownikiem. Czerpię przyjemność z pewnych czynności, które po prostu lubię. I miałem tak odkąd pamiętam. Jak byłem taki mały brzdąc, co jeszcze nie wiedział nawet na które koła idzie napęd w zwykłym samochodzie, ani co gorsza na co ma wpływ kąt wyprzedzenia osi zataczania zwrotnicy, to gdy wychodziłem z mamą na huśtawki, to mogłem się tam bujać cały dzień. Nie wystarczało mi głupie pięć minut czy nawet kwadrans akademicki, tylko chciałem się huśtać do wieczora. I jak trzeba było wracać do domu, to ja zawsze, ale to kurde zawsze chciałem więcej. Po prostu moja głowa nie rozumiała czegoś takiego jak zmęczenie materiału i nie rozumie aż po dziś. Ja muszę dawać do odcinki i koniec.

Nie za bardzo rozumiem jak ktoś mówi, że coś mu się podoba, ale już mu wystarczy (no chyba, że w alkoholem, bo wiadomo co to jest nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu). Jak mi się coś podoba, to chcę więcej, dłużej i lepiej. Gdy jadę samochodem i mi się podoba, to nie chcę z niego wysiadać bo już się najeździłem i mi styka. Nie ma takiej opcji! Dlatego nie do końca łapię idę urzeczywistniania garażu marzeń do formy materialnej (ale mądrze). Póki się o nim tylko marzy, to dobra, niech będzie. Ale żeby od razu budować sobie hangar koło domu, kłaść w nim dywany, montować neony, a następnie ustawiać w nim drogie samochody? Jaka to kuźwa przyjemność mieć tyle samochodów i się na nie patrzeć!

Ba, nawet jednego takiego samochodu na weekend nie chciałbym mieć. Wiem, że są ludzie, którzy gdzieś tam w garażu po kątach kitrają w zajebistym stanie stare Mercedesy S klasy, BMW M3 czy jakieś inne z wielkim silnikiem lub nawet zabytkowe Mustangi. Albo kilka dni temu widziałem u mnie wyremontowanego 2CV. I dokładnie ci sami ludzie na co dzień do roboty zapierdzielają zdezelowanym cieniasem w LPG lub wypierdzianą Micrą z małym dieslem bo taniej. Natomiast jak przychodzi weekend, a zwłaszcza niedziela i ludzie z kościoła wracają, to zdejmują z kołka kluczyki do swojego wydmuchanego cacuszka i jadą na myjnie bezdotykową.

Pamiętam jak byłem kiedyś w warsztacie i chwilę pogadałem z innym klientem. Nie pamiętam już od czego zaczęła się gadka, ale potem było jakoś tak

– no i ja mam w garażu u siebie starego Mercedesa. S-klasę, rozumie pan, ten największy. Tylko nie tą najnowszą, W126. Te nowsze mi się nie podobają już. Ale to jeździ, mówię panu. A jak to chodzi, w końcu dwanaście garów, ponad 200 koni. Tylko, że ciężki jest chyba ze dwie tony waży. Więc przyspieszenia takiego spod świateł to on nie ma. Znaczy, wie pan, zerwie przyczepność i kołami zapiszczy, ale nic nadzwyczajnego. Natomiast jak pan już stówą jedziesz i wciśniesz do dechy to głowa momentalnie w zagłówek leci, no szatan nie samochód. A jak jadę tak spokojnie po mieście to ludzie tylko się patrzą i wystawiają rękę z kciukiem do góry „o taka fura!” – tłumaczy z dumą i uśmiechem na twarzy dopalając szluga.
– To ładnie, lubię stare, klasyczne samochody z dużymi silnikami, najlepiej V8. Tylko, że dużo pali i ciężko tak na co dzień takim jeździć.
– A nie, to ja go nie używam na co dzień bo nie stać by mnie było. I tak mam go w gazie, ale jak jadę gdzieś dalej w trasę to przełączam mu na benzynę, niech ma i się tak nie męczy. Gazu to ja tylko w mieście używam. A tak na co dzień do roboty i w ogóle, to ja o tym małym badziewiem jeżdżę – pokazuje mi na fioletową starą Micrę ze zderzakiem na trytytki – tego to mi przynajmniej nie szkoda, jak o coś przytrę, albo ktoś we mnie rąbnie to mam to gdzieś. W dupie mam ten samochód, ważne żeby tylko jakoś jeździł.

14573619163_15506b5938_o

I właśnie ja bym tak kurdę nie mógł. Nie wyrobiłbym mając fajne auto, a jeździć codziennie gratem tylko po to, aby nie zniszczyć tego fajnego. Po prostu nie czułbym przyjemności z posiadania czegoś tylko w celu tego posiadania, a nie użytkowania. Kocham mocne samochody z wielkimi silnikami, te wszystkie stare Mustangi i Corvetty, ale nie wiem czy miałbym frajdę trzymając je w garażu i wożąc się nimi kilka razy w roku na zloty lub komunie w rodzinie.

Dlatego o wiele bardziej interesują mnie ciekawe samochody, którymi mógłbym sobie pomykać na co dzień, a nie tylko w weekendy. I czułbym tę przyjemność codziennie, a nie tylko od święta.

I to chyba dobry moment, aby wkleić na koniec fotkę czegoś co od lat mi chodzi po głowie.

mx5