Tak, dzisiaj nie będzie o samochodach, ani w ogóle o motoryzacji dlatego jeśli nie lubisz jeździć na rowerze, a ze sportu to tylko grasz w Fife, to uprzejmie zaznaczam, że ten tekst Cię nie zaciekawi i możesz wracać do swojej ulubionej rozrywki i dalej obżerać się chipsami. Nie jest to też tekst sponsorowany, choć tytuł zapodałem jakby to była jakaś akcja finansowana przez UE. Po prostu wczoraj pojechałem sobie na wycieczkę, a na fotkach jest mój prywatny rower, więc niczego nie reklamuję.

Zaczęło się od tego, że wczoraj pogoda była taka bardziej znośna. Te upały mnie już wykańczały, więc cieszyłem się choćby z minimalnego ochłodzenia. Wtem, wpadłem na pomysł żeby karnąć się gdzieś na rowerze. Powiem Wam, że kiedyś jeździłem całkiem sporo, po prostu bardzo lubiłem. I lubię do dzisiaj, ale jakby tak z czasem trochę gorzej. Tak czy siak w jednej chwili dostałem maksymalnej chcicy na wycieczkę. Zacząłem się przygotowywać. Wyciągnąłem z szafki ciuchy na rower, poszukałem bidonu i nalałem do niego wody. Ale się przy tym cieszyłem, morda mi się uśmiechała od ucha do ucha. Przygotowywałem się powolutku, jak emeryt na wyjazd do Ciechocinka. Przypomniały mi się te chwile, gdy jeszcze dużo jeździłem. Mówię Wam, super uczucie wrócić na chwilę do czegoś co się kiedyś baaaardzo lubiło i choćby na chwilę się to odłożyło. Czuje się wtedy taką satysfakcję, coś jakby wygrana walka z własną słabością. No super sprawa, polecam wszystkim.

Poszedłem do garażu przygotować również rower. Przyznaje dawno go nie używałem, więc był cały okurzony, a w oponach panowało ciśnienie atmosferyczne. Umyłem dziada na szybko, dopompowałem pompką od samochodu, cały napęd wręcz zalałem WD40 tak, że czuć było ten magiczny specyfik już z daleka i przejechałem się kontrolnie po podwórku. Wszystko gra. Poszedłem na chwile do domu, spakowałem graty do plecaka i… Zaczęło kropić. Ja pierdziele, ten mój zapał, banan na twarzy, mobilizacja i deszcz? Padało lekko z pół godzinki to przeczekałem i pojechałem.

Zaplanowałem sobie trasę w stronę moich znajomych przez Kampinos. Nie chciałem jechać normalnie po ulicy, jakbym jechał samochodem. Miałem chcicę na las, a że Park Kampinowski mam pięć kilometrów od domu to wiadomo gdzie pojechałem. Oczywiście nie brałem żadnej mapy, nawigacji, żarcia, nawet licznika nie miałem bo po co. Wziąłem tylko pół litra czystej wody w bidonie i zwykły telefon komórkowy. Wiedziałem gdzie mam mniej więcej jechać, Kampinos trochę ogarniam, jakoś się orientuje w terenie, więc nie brałem zbędnego balastu.

Od razu narzuciłem dobre tempo, bo znałem się na rzeczy. Na początku jechałem asfaltem, bo inaczej do Kampinosu ode mnie dojechać się nie da. Powinienem więc nawrzucać trochę kierowcom samochodów, że nie byli dla mnie mili, nie przepuszczali mnie, wyprzedzali tam gdzie nie trzeba, i jeszcze kilka innych, bo przecież kierowcy i rowerzyści nie żyją ze sobą w zgodzie i żyć nie będą. Jednak mi zachowanie kierowców z punktu widzenia rowerzysty nie przeszkadza i się nie czepiam. Zdarzyło się, że ktoś mnie wyprzedził na ciągłej, ale w odróżnieniu do innych rowerzystów, ja zdaję sobie sprawę z tego, że to ja spowalniam ruch. Że to przeze mnie zbiera się sznur samochodów bo wlokę się i utrudniam życie innym. Mówi się, że rowerzysta jest pełnouprawnionym użytkownikiem drogi. Ale to gówno prawda. Droga jest po to żeby po niej jeździć możliwie szybko (oczywiście bez szaleństw) i jest budowana z myślą o samochodach. Ja tam tylko wadziłem, więc jak widziałem samochód to chciałem zrobić wszystko żeby umożliwić łatwe i bezpieczne wyprzedzenie mnie. Także jeśli ktoś by widział kiedyś rowerzystę na rowerze jak na obrazku to proszę się nie krępować i wyprzedzać na ciągłej lub jakiejś innej :)

SONY DSC

Ale ja nie o tym chciałem bo to temat na oddzielny wpis, który może powstanie a może nie. Także tego, wracamy do sprawy, że jechałem sobie na moim rowerku i generalnie nic się ciekawego nie działo. Jechałem, kręciłem pedałami, generalnie na rower nie narzekałem. Może poza jedną sprawą, bo coś mi rypało ze skrzynią biegów. Na niektórych przełożeniach trochę rzęziło (spoko, wiem jak to naprawić), ale gorsze było to, że miałem nieciągłości napędu. Czyli jak jechałem i pedałowałem to wszystko gra, natomiast jak przestawałem kręcić i potem znowu zaczynałem to miałem efekt jakby łańcuch spadł. W sensie wielotryb z tyłu zaczął działać jak sprzęgło jednokierunkowe, które potrafiło się rozłączyć. Musiałem się wtedy zatrzymać do zera i od nowa ruszyć. Taka dziwna sytuacja. Może łożysko się zrypało, może coś innego. Nie wiem. Jednak poza tym defektem w skrzyni wszystko było w porządeczku. Stan igła po kobiecie nie palącej tylko do kościoła jedyny taki na fulu.

Wszystko przebiegało dobrze aż do takiego momentu, gdy nie mogłem znaleźć interesującej mnie drogi. Wiedziałem mniej więcej gdzie jestem, wiedziałem gdzie mam dojechać, ale nie było drogi we właściwym kierunku. Jechałem cały czas równolegle do celu i brakowało choćby jednej prostopadłej drogi, która by mi odpowiadała. A że nie miałem mapy ani kompasu robiłem wszystko na czuja. Nie wiedziałem co jest dalej i ciągle łudziłem się, że może już za kolejnym pagórkiem będzie upragniony przeze mnie skręt. Niestety nic z tego. Problem leżał jeszcze gdzie indziej. Nie miałem nic do jedzenia, a sił co raz mniej. Zwłaszcza, że jechałem dość szybko. Żeby lepiej Wam to zobrazować to wyobraźcie sobie, że jedziecie przez las, od dłuższego czasu nie minęliście nikogo, nie macie nic do jedzenia (tylko trochę picia), nie wiecie co będzie za następne 500 metrów i tylko mniej więcej wiecie gdzie jesteście. A do tego jesteście zajebiście zmęczeni. Tak zmęczeni, że większość osób dawno by powiedziała „pier****”.

I tutaj po krótce wyjaśnię dlaczego ja tak nie powiedziałem tylko jechałem dalej. Jestem sportowcem i aktywność fizyczna nie jest mi obca. Lubię ból w mięśniach i doprowadzać się na skaj wytrzymałości. Tylko jeszcze powiem co ja rozumiem przez słowo „sportowiec”. Nie chodzi mi o osobę, która ma karnet na pobliskim fitnessie i idzie tam poczytać książkę na rowerku lub o osobę, która po treningu ma siłę na cokolwiek. Prawdziwego sportowca od takiej osoby odróżnia psychika, bo to jest główne narzędzie sportowca. Nie bicki i klata. Sportowiec mając tę samą moc fizyczną co zwykła osoba zrobi o wiele więcej. Bo głowę ma wytrenowaną tak, że będzie robił do wyrzygu lub do momentu aż mu się przed oczami mroczki pojawią. Naturalny układ bezpieczeństwa u sportowca jest trochę przeprogramowany. Zwykły człowiek nie jest wstanie doprowadzić się do takiego stanu bo wspomniany układ na to nie pozwoli. Sportowiec potrafi ten układ obejść co nie zawsze jest bezpieczne. Ponieważ wiele lat (kilkanaście) trenowałem bardzo aktywnie to wiem o czym piszę.

Dlatego mimo naprawdę dużego wyczerpania fizycznego i poniekąd psychicznego (bo dokładnie nie wiedziałem gdzie jestem i czym mam dalej jechać czy zawrócić) byłem w stanie kontynuować trasę. Jednak w pewnym momencie ostatecznie podjąłem decyzję o totalnym zawróceniu, ponieważ nie wiedziałem czy dalsza jazda w nie do końca odpowiadającym mi kierunku przyniesie jakiś efekt oraz za kilka godzin zaczęłoby się ściemniać, a byłem w dość gęstym lesie i nie miałem żadnego światła. Na szczęście mimo dużego zmęczenia fizycznego moja głowa nie odmawia pracy, byłem w stanie zapamiętywać dużo szczegółów takich jak obecny szlak, którym jadę oraz numery dróg pożarowych. Tak na wszelki wypadek jakbym stwierdził, że dalsza jazda (nawet powrotna) nie ma sensu bo brak mi sił. Jednak udało mi się zapamiętać cała drogę powrotną i dotelepać się nią do jakieś wsi, w której były czynne sklepy.

Podczas jazdy w lesie chodziła za mną czekolada. Karmelowa lub z toffi. Po prostu cokolwiek, bo byłem trochę głodny i organizm domagał się cukrów. W sklepie dorwałem się do malinowej czekolady, jagodzianki i czegoś do picia. Byłem serio mocno zmęczony, ale jakoś tam jeszcze funkcjonowałem. Posiedziałem z pół godziny i zacząłem się zbierać, ponieważ zaczynało się lekko ściemniać. Wybrałem już drogę asfaltową, bo byłem jej pewien i szybciej nią dojadę. Po wyjściu ze sklepu i ponownym wejściu na rower mój organizm już się nie rozgrzewał. Mimo temperatury zewnętrznej około 20 stopni nie było mi ciepło, a wytracona temperatura na postoju nie wróciła już, co tylko argumentuje moje zmęczenie.

Udało mi się wrócić do domu, dzisiaj mam się zupełnie dobrze, bo mój organizm już nie raz był w podobnej sytuacji i chyba przywykł jak go traktuję, ale przyznaję, że chyba najgorszy z tego wszystkiego był dyskomfort psychiczny polegający na tym, że nie wiem jaką mam podjąć decyzję. Jechać dalej i liczyć, że będzie droga o odpowiadającym mi kierunku, czy zawrócić. Taka niepewność ma też olbrzymi wpływ na stan fizyczny. Znacznie osłabia organizm. Założę się, że gdybym za kilka dni miał odtworzyć tę samą trasę, wiedząc gdzie i jak mam jechać oraz kiedy zawrócić zrobiłbym to bez większych problemów. Zmęczyłbym się, ale nie ponad normę. Chcę jeszcze zaznaczyć, że byłem daleko od paniki, ponieważ wiedziałem mniej więcej gdzie się znajduję. Pamiętałem drogę powrotną. Jednak przyznaję, nie była to do końca komfortowa sytuacja.

Tak więc odłóżcie czasami kluczyki od tych waszych ukochanych samochodzików, ruszcie dupy sprzed telewizora i jazda mi na rower! Jak widzicie to całkiem przyjemne zajęcie :)