Na pewno każdy z Was stanął kiedyś przed taką sytuacją, że wypadałoby powiedzieć coś miłego, a za cholerę się nie dało. Nie wiem, w rodzinie może? Tam często zdarzają się takie sytuacje, gdy na przykład trzeba kogoś powitać, albo powiedzieć, że ładnie wygląda (to się tyczy głównie kobiet), choć chętnie odwrócilibyście wzrok i pogapili się nawet na robotnika z papierosem w twarzy mieszającego beton.

Myślę, że wszyscy doskonale wiedzą o jakie sytuacje chodzi. Piszę o tym dlatego, że właśnie się w takiej znalazłem. I wcale nie chodzi o zjazd rodzinny z nieatrakcyjną kuzynką tylko o tego uhm uhm Nissana Pulsara, o którym po prostu nie wiem co napisać.

I wcale nie chodzi o to, że jest jakiś tragicznie zły (choć fantastyczny też nie), ale jakby to zgrabnie napisać. Nie ma jaj, a nie jest też kobietą (Pulsar – on, nie?). Niby wydaje się ok, ale z drugiej strony… no nie wiem. No dobra, opowiem jak było. Dostałem go do testu dzień przed czerwcowym długim weekendem przed Bożym Ciałem. I wracałem nim z Puławskiej, na obrzeża Warszawy po drugiej stronie. Warszawiacy na pewno wiedzą o co chodzi, ale dla niezorientowanych podam, że wtedy cała stolyca stoi. Ale nie tak zwyczajnie, że jedzie się, ale czasami trzeba przystanąć, tylko normalnie, centralnie stoi się. Te jakieś trzydzieści kilometrów wracałem dwie godziny. Nie jest to chyba wymarzona podróż po odbiorze nowego auta do testu, prawda?

No nic, przecież to nie Nissan zgotował mi taki los. Ale, ale, ale… Przecież dzisiejsze samochody chcą być eko i same gaszą silnik jak się zatrzymamy. Nazywa to się jakoś start&stop chyba. Ma to prawie każdy nowy samochód. Miał też Nissan, ale z początku tego nie zauważyłem nawet. I to nie dlatego, że silnik był tak cichy, że nie było go słychać, ani nie wibrował, więc nie poczułem jak się wyłącza. On po prostu tego nie robił. Zgasił się może z kilka razy przy całej podróży. Normalnie nie miałbym nic przeciwko, u mnie na przykład tego systemu w ogóle nie ma i wcale go nie potrzebuję, bo nie do końca wierzę w jego skuteczność, ale lubię, gdy jak już coś jest to niech działa. A tutaj system wyłączał silnik bardzo randomowo. Wiem, że nie zawsze on gasi silnik (domyślam się nawet z jakich względów), ale tutaj dało się to wybitnie zauważyć. Kilka razy na kilkanaście kilometrów. Druga sprawa, to było mi strasznie gorąco. Klimę miałem odkręconą na pełen gwizdek, ale chyba nie dawała rady.

No nic, nie będę już tak hejtował Pulsara, bo jeszcze jakiś ukryty fan Nissana włamie mi się na serwer i wrzuci ten nowy filmik o dopalaczach i będzie, że to ja nagrałem. Chciałem tylko opisać jak wyglądała moje pierwsza jazda tym samochodem i jakie miałem pierwsze wrażenie. Dlatego napisałem to na samym początku, abyście też mieli podobne odczucia :) Zadbałem o to perfekcyjnie musicie przyznać.

SONY DSC

Z wyglądu ten samochodzik jest hmmm, no dobra, niech będzie. No jest całkiem spoko. Na tle kolorowych szeregowców i w czerwonym lakierze, który zresztą bardzo przypadł mi do gustu jest całkiem sympatyczny. Może nikomu szyja nie odpadnie od patrzenia, z tłumu nie wyróżni się specjalnie, ale jak będziecie go codziennie witać to oczy Was nie rozbolą.

SONY DSC

Linia boczna też jest ok. Felgi szesnastki, więc rozsądnie, zwis przedni jak na hachbacka tej klasy też mieści się w normie. No właśnie kurde. To w normie, tamto w normie, wszystko kurna schematycznie. Patrzycie się na tę fotkę i co zauważacie? Że te tuje po środku mają ścięte czubki na tę samą wysokość, a inne już nie. A sorry, przecież na tym zdjęciu jest jakiś samochód. A jaki? Zgadnie ktoś z idealnego bocznego profilu? Tak, czerwony.

SONY DSC

No i tym sposobem znaleźliśmy się w du***, znaczy z tyłu samochodu. No więc, także tego no, co by tu napisać czego byście o nim nie wiedzieli. Rura wydechowa – jest, światła – są, jest nawet pół lakierowany zderzak i klapa bagażnika. O, a jak jesteśmy już przy tej klapie, to tu jest ciekawostka mała. Normalnie żeby zamknąć taką klapę trzeba złapać u góry i szarpnąć w dół. W autach klasy premium wystarczy wcisnąć przycisk. A tutaj? Trzeba złapać u góry i z całej siły jeb***, nie sorry. Tutaj trzeba pier****** tak mocno jak tylko umiemy żeby domknąć bagażnik. Żeby nie być gołosłownym to powiem, że nikt kto zaglądał do tego bagażnika nie zamknął go za pierwszym razem. Wszyscy się dziwili, że trzeba użyć aż tyle siły. Raz to mi nawet przy zamykaniu taka mała lampeczka wypadła. O, taka

SONY DSC

No i znowu to zrobiłem. Powiedziałem coś niemiłego. Przejdźmy zatem do wnętrza moi mili.

SONY DSC

Bo wnętrze tutaj jest… no nawet nawet. Wszystko na miejscu, prosta obsługa, rozsądna ilość funkcji. O kurde. Użyłem słowa „rozsądna”. No nic, Nissan chyba sam się o to prosi. Mi jednak we wnętrzu chyba najbardziej przypadło do gustu to drewno

SONY DSC

Jest ono może z plastiku, ale wszak drewno to drewno. Nie ma znaczenia z czego ono jest, no nie? Drewno po prostu dodaje elegancji, zajebistości. Kiedyś dodawało jej w Mercedesach baleronach, teraz robi to w Nissanie. Tylko tutaj zdecydowali się na ciemne drewno, co również jest spoko. Szkoda tylko, że trochę trzeszczy, ale przecież nie musimy go dotykać.

SONY DSC

Podobała mi się jeszcze jedna funkcja dostępna z głównego menu na tym wyświetlaczu między zegarami. Pewnie mi nie uwierzycie, bo zapomniałem zrobić fotki i dopiero teraz to sobie uświadomiłem, ale w menu można było zmienić kolor nadwozia. No nie żartuję. Wchodziło się w ustawienia kolorystyczne i na wyświetlaczu pojawiały się małe, cyfrowe Pulsarki w różnych kolorach i można było sobie zaznaczyć jakiś. Brzmi głupio, bo czegoś takiego nie oferują nawet w samochodach z wyższej półki, ale to prawda. Tylko kurczę żałuję, że nie mam tej fotki, bo teraz są takie czasy, że jak nie masz fotki, albo filmiku na komórce to się nie liczy. Dostępne były różne kolory. Jeśli dobrze pamiętam, to był właśnie czerwony, złoty, biały, granatowy i chyba czarny. Pewnie jeszcze coś było, ale więcej nie pamiętam. Szkoda tylko, że po wybraniu innego koloru zmiana dotyczyła tylko samochodzika na wyświetlaczu, a nie całego auta. Ale bajer dobry, przyznaje. Jechałem sobie w kilka osób i nagle zarzucałem „słuchajcie, ten samochód może zmieniać kolory. Wchodzi się tutaj w menu i wybiera co chcemy”. I zaraz było „ta, niemożliwe. To z czego jest ten lakier. Weź ustaw jakiś inny i zobaczymy co się stanie”. Wybierałem, wszyscy czekali w napięciu, bo niby nie wierzyli, ale w menu jest taka funkcja, więc każdy był ciekaw. I najlepszy był ten moment jak klikałem w inny kolor i jakiś pasażer otwierał szybę i patrzył na efekt.

Jeśli już jesteśmy przy kiepskich żartach, to bardzo dobrze w tym celu sprawdzają się te przyciski

SONY DSC

Jedziecie sobie z kimś, jest upał, klima jak mówiłem nie wyrabia, a tu ciach sprytnie ręką na przycisk HI. To pewnie jest od HIHIHI. Ja robię hihi, a pasażer się gotuję i nie ogarnia co się dzieje. No jajca nie z tej ziemi, mówię Wam.

SONY DSC

Był jeszcze jeden ekranik. Nawet większy i pokazywał mi drogę jaką mam jechać. Całkiem spoko, prosta obsługa, wyraźnie gada, dobrze pokazuje, ale…? Już któryś raz mi się tak zdarzyło, że ustawiam ulicę, adres, a tu… Gdzie jest ta ulica, gdzie jest ten dom, gdzie jest dziewczyna co kocham jom… Właśnie, niby adres i ulicę wyłapuje, nie zgłasza problemu, ale jak przychodzi co do czego, to słowa „Jesteś u celu” wypowiadane są z ust miłej, elektronicznej pani duuużo za wcześnie. Choćby jak jechałem oddać samochód do Nissana na Puławskiej, to usłyszałem te słowa jeszcze przed Wyścigami. WTF? Na szczęście nie byłem tak zapatrzony we wskazania nawigacji, że udało mi się oddać samochód nie wpadając do rzeki jak co po niektórzy mają w zwyczaju.

Brawa za to należą się za przedział pasażerski z tyłu. W tej klasie, tyle miejsca?

SONY DSC

Serio, chyba w żadnym aucie tyle nie ma. Zwłaszcza na nogi. Na luzie wchodzi nawet wysoka osoba i nie musi się kulić jak pies po deszczu.

No i najważniejszy punkt każdego testu czyli wrażenia z jazdy. Jest to również najtrudniejsza część, bo obecnie większość samochodów prowadzić się tak samo, więc trzeba zacząć oszukiwać. Znaczy może ładniej – improwizować. Tutaj był doładowany silnik 1,2 litra. I po raz kolejny użyję słowa, że to rozsądny wybór. Oczywiście pod względem ekonomicznym i końskim. W sensie, że koni było nie za dużo, nie za mało. W sam raz. W sumie jakby zależało mi tylko na w miarę sprawnym transportowaniu się z jednego miejsca do drugiego to mógłbym brać ten silnik. Ale ponieważ lubię poczuć przyspieszenie brałbym większy motor, czyli ten 1,6 l i 190 kucy. O i to mogłoby być nawet obiecujące :)

Koniec.

Także tego, trochę lament mi wyszedł o tym Nissanie, ale co ja na to poradzę. Tak ten samochód odebrałem. Ma on kilka wad i nie ma charakteru, więc musicie mnie zrozumieć. Nie twierdzę, że komuś się to auto może spodobać, bo jest całkiem przyzwoite.

Jednak nie urzeka.

Cromo