Cóż to się wydarzyło w tym tygodniu. Są wakacje, upały, robić się nie chce, więc o czym tu napisać? Premier w wakacje jest jakby trochę mniej, nowych rozwiązań technicznych też, czyli nic się nie dzieje. Lato jest natomiast świetnym okresem do wprowadzania nowych bzdurnych przepisów. Czemu? Nikomu nie chce się nawet zaprotestować.

Ale po kolei. Zacznę od Koenigsegga, bo ciekawe info się pokazało. I wcale nie tyczy się ono nowego supersamochodu o mocy 2 tysięcy koni. Wręcz przeciwnie. Christian von Koenigsegg oznajmił, że wziąłby się za bardziej normalną robotę i pomyślał nad jakimś samochodem dla zwykłych ludzi. No dobra, może nie takich bardzo zwykłych, bo tacy to kupują auta na giełdzie, ale dla tych co mają trochę kasy i niekoniecznie chcą siedzieć na asfalcie podczas jazdy. W skrócie, to chce zrobić samochód do jazdy na co dzień.

Na chwilę obecną nie ma jeszcze konkretnych informacji co to ma być za samochód, ani z jakimi ma on konkurować, ale Christian zdradza, że to nie będą raczej Koenigseggi, tylko pojazdy innej marki. Po prostu nie chce w jednej marce mieszać supersamochodów i aut na co dzień. I ja mu się kurde wcale nie dziwie. Nie mam nic przeciwko temu pomysłowi, wydaje mi się on nawet całkiem spoko, ale właśnie tak jak pan Christian mówi – pod inną marką. Dobrze gość gada. Polać mu.

Teraz powinienem zapodać jakiś kawałek info prasowego, że Christian przy produkcji normalnych samochodów będzie korzystał z doświadczenia zdobytego przy projektowaniu najszybszych supersamochodów świata, ale niestety nie dysponuje takimi informacjami. Co więcej wydaje mi się, że to gówno prawda i zwykłe pieprzenie. Samochody na co dzień i supersamochody to zupełnie inna bajka. A jeszcze inna bajka to samochody wyczynowe. Tam nie ma wspólnych rozwiązań. No chyba, że światła to światła, hamulce to hamulce, a zawias to zawias. Jeśli tak podchodzimy do sprawy, to zgadza się. Jednak jeśli rozróżniamy hamulce z Fabii od tych z 1000 konnego samochodu to sprawa już się komplikuje. Czyli zrobienie zwykłego samochodu powinno być łatwiejsze, tak? Ekspertem w tej dziedzinie nie jestem, ale moim zdaniem niekoniecznie. Robiąc prawdziwy supersamochód robimy go bezkompromisowo. Czyli to najlepsze, to najlepsze, a tamto najdroższe. Czyli optymalizacja projektu przebiega z jednego kryterium – ma być najlepsze. A robiąc samochód dla mas, mamy już kilka kryteriów optymalizacji. Ma być w miarę dobre, w miarę szybkie, mało palić, konkurencyjne, wygodne, funkcjonalne i chu* wie co jeszcze sobie klient zażyczy. Poza tym robiąc samochód dla mas musi być on idiotoodporny. Jak sprzedaje się kilka pojazdów rocznie, to każdemu klientowi można powiedzieć: słuchaj tak to nie rób, bo się popsuje. Ale jak trzeba sprzedać kilkaset tysięcy sztuk to trzeba zabezpieczyć nawet najgłupsze możliwości.

Także Panie Christianie, nie łatwa przed Panem droga, ale trzymam kciuki.

google car

Rozpieprzył się. Można by powiedzieć, że znowu, bo to już 14 wypadek autonomicznych Google Cars, ale ja jestem zdania, że jak się nie przewrócisz to się nie nauczysz. Zdaję sobie sprawę, że wygodnie jest krytykować całą sprawę i powiedzieć, że samochody nigdy same nie pojadą, natomiast to prędzej czy później nastąpi. Zawsze jest tak, że początek nowej technologii jest gorszy niż końcówka starszej. Popatrzmy na sam początek motoryzacji. Kiedyś była bryczka i przywiązany do niej koń. Następnie ktoś ogarną silnik parowy, przymocował go do bryczki, obczaił jakiś napęd i ruszyli. Kilka kilometrów na godzinę, ale ruszyli. Co dalej? A no rąbnęli w mur, bo zapomnieli zrobić w pojeździe hamulców, a silnik się nie wyłączał kluczykiem bo to był wielki kocioł, w którym się coś hajcowało. Prawdopodobnie wtedy też się gadało „Panie, gdzie z takim kotłem do dorożki, konia trzeba zaczepić i jechać”. A teraz? Jest ktoś podobnego zdania? I tutaj tak będzie. Wiadome jest też, że kilka samochodów musi się rozbić, co miało już miejsce. Choć jak twierdzi Google, kolizje zawsze były z winy innych kierowców, a nie autonomicznego pojazdu. Nie byłem przy zdarzeniach, ale mimo takiej opinii to nie zawsze musi być prawdą. Do kolizji pewnie dochodziło przez dziwne zachowanie Google Carsów, czego człowiek mógł nie przewidzieć i uderzyć. Przecież jeśli samochód przed nami zacznie gwałtownie hamować, to wina w rzeczywistości jest tego co hamuje natomiast przepisy mówią inaczej.

Piesi_preview

I ostatni news to poroniony pomysł kogoś z rządu. Chcą, aby pieszy miał wcześniej pierwszeństwo. Teraz jest tak, że jak postawi nogę na pasach to trzeba go przepuścić, a miało być tak, że gdy już się zbliża do przejścia to dostaje pierwszeństwo. Rządzący poszli jednak na kompromis i stworzyli projekt, w którym pieszy miałby pierwszeństwo jak oczekuje na przejście, a nie wtedy jak podchodzi do pasów. Według mnie taka ustawa nic realnie nie zmieni, ale jest kolejnym krokiem do bardzo niebezpiecznej głupoty. Jestem zdania, że droga jest dla samochodów, a chodnik dla pieszych. I mówię to jako zarówno pieszy jak i kierowca. Być może w najbliższym czasie wypowiem się dokładniej w tym temacie.

A tak na marginesie, to wczoraj wieczorem rozpieprzyłem kulkę w myszce. Nawet nie wiecie jak ciężko przegląda się neta, te wszystkie bookface bez tej głupiej roleczki. Taka to ciekawostka na koniec. Miłego weekendu.