Dzisiaj mam ochotę na taki lekki wpis. Taki w stu procentach poprawny, z którym wszyscy się zgodzicie i nikt, ale to nikt nie będzie miał innego zdania niż ja. Lubię jak ktoś czasami się ze mną nie zgodzi, a jeszcze bardziej cieszy mnie jak ma ktoś inne zdanie i milion argumentów, którymi jest w stanie podtrzymać swoją tezę.

Ale nie dziś. Teraz ma być trochę motoryzacyjnej sielanki. Chcę taki klimat, że wszyscy się ze sobą zgadzają i nikt się nie kłóci. Dlatego będzie cudownie jeśli w komentach na dole napiszecie „O, jak fajnie. Też bym tak chciała/chciał.”

No, to mniej więcej w taki sposób przedstawiają nam rzeczywistość media typu telewizor. Ale dziś nie o tym i nawet mnie nie prowokujcie, bo szybko się nakręcam.

Zaczęło się od tego, że w sobotę z rana, czyli trochę po jedenastej napisał do mnie Łysy, że rozrząd robi i że jak mam czas to mnie zaprasza, mogę wpadać. Tak naprawdę to chciał napisać czy mu nie pomogę, bo sam nie wie czy da radę, ale tak to lepiej brzmiało. Wiadomo jak jest, głupio jest prosić o pomoc, bo wtedy wychodzi się na kogoś co sam nie umie (dlatego faceci nie czytają instrukcji i nie pytają o drogę tak nawiasem mówiąc). A tak szczerze mówiąc to pomoc się czasami przydaje. Nawet jak się coś umie, to często wygodniej lub po prostu raźniej jest to robić we dwóch.

Chyba nie muszę mówić, że pojechałem do Łysego na dziuple. Spakowałem jakieś ciuchy do roboty, rękawiczki i te sprawy. Wsiadłem w samochód i po pół godzinie byłem na miejscu. Od razu wzięliśmy się do roboty w garażu. Nie było żadnej herbatki, rozruchowego piwerka, ani zbędnego pieprzenia o dupie marynie. Zwyczajnie zakasaliśmy rękawy, ale bez pośpiechu. Nie była to robota dla klienta, którą trzeba zrobić jak najszybciej, bo temu zawsze się spieszy i chciałby wszystko szybko, na zaraz, na już, jak tylko fajek mu się skończy. Nie pracowaliśmy też dla żadnego szefa, który choćby dla zasady lubi podkręcać tempo. Bo tak. Robiliśmy to tylko dla siebie. A w zasadzie dla Łysego, bo to jego fura, a ja tam tylko pomagałem. Jak już jesteśmy przy tym jego gracie, to wspomnę żeby nie dodawać sobie zasług, że ten rozrząd to robiliśmy w starym prostym samochodzie, a nie w jakimś nowoczesnym TSI z milionem łańcuchów. Był pasek, dwa kółeczka, pompa wody, którą trzeba było wymienić i to wszystko. Stan samochodu? Agonalny.

Przypomniała mi się teraz taka mała anegdotka z tym samochodem, więc opowiem dla rozluźnienia. Otóż ten jego rzęch całkiem niedawno musiał przejść badania techniczne. Z uwagi na jego stan, wynik końcowy niekoniecznie musiał być zadowalający dla Łysego, ale co ciekawe nie to było jego głównym problemem. Pamiętam, że bardziej martwił się nie o to czy przejdzie badania, ale czy w ogóle tam dojedzie. Hyhyhy, pośmiane?

No to koniec anegdotki. Wracamy do pracy, a mianowicie do tego jak ta praca wyglądała. Była zwyczajna, nic super ciekawego nam się nie przytrafiło. Nie skonstruowaliśmy przypadkowo nowego silnika, ani nie odkryliśmy, że samochód jest wstanie jeździć na wodzie z deszczówki. Chodzi o to, że taka praca przy własnym lub znajomego samochodzie w domowych warunkach to czysta (no może nie zawsze czysta, bo to w końcu samochód, nie mikser) przyjemność. Klimat jaki się tworzy podczas takiej zwyczajnej roboty w blaszaku z wydłubanym kanałem jest nieoceniony. Żadnemu z nas się nie spieszyło, czego dowodem jest to, że taki prosty rozrząd robiliśmy prawie cały dzień. Za to wszystko dokładnie sprawdzaliśmy, wszystkie ząbki, naciąg paska, położenie pompy wody na wszystkie możliwe sposoby. Nie jesteśmy też zawodowymi mechanikami, choć z drugiej strony śrubokręt nas nie parzy, ale i tak z kilkoma rzeczami bawiliśmy się metodą prób i błędów. Nie mięliśmy gotowych patentów i trików. Na szczęście byliśmy w posiadaniu całkiem niezłych narzędzi. Może nie był to profesjonalny warsztat z wysokim podnośnikiem i pneumatami, ale co trzeba to było. Klucze, śrubsztaki, grzechotki z nasadkami. Do rozrządu wystarczyło.

 

fanpage

Oczywiście nie obyło się też bez rozmów typowo warsztatowych, w których obśmiewaliśmy współczesne doładowane silniki z naparstkami pod maską. O panie, a ile taki silnik może wytrzymać? A jaki tam musi być skomplikowany rozrząd. Pewnie żeby go wymienić to trzeba podłączyć się do komputera, następnie przez dzień zdejmować plastiki oraz inny osprzęt silnika żeby w ogóle dokopać się do tego rozrządu, a dopiero potem zająć się robotą, która bez specjalnych narzędzi dostępnych tylko u producenta jest niewykonalna przez dwóch zwykłych kolesi.

W konsekwencji całe to zamieszanie z rozrządem doprowadziło mnie do takiej refleksji. Nie chcę pisać tutaj jakiegoś szczególnego wywodu na temat, że te stare samochody to były takie super, męskie, prawdziwe i w stu procentach mechaniczne, a te nowe to są bee i dobre dla „facetów” w rurkach, bo to wszyscy już wiemy. Jednak z uwagi, że te stare są o niebo prostsze i mniej skomplikowane, to mając takiego leciwego grata można właśnie zaprosić znajomego i trochę przy takim szrocie pomajstrować. Poczuć ten klimat garażowej roboty, która jest przyjemna i nie męczy. W której wszyscy się ze sobą zgadzają. A na koniec pracy można poczuć się jak po wygranej walce. Naprawiło się coś i to coś działa. Niewykluczone, że to uczycie może już wkrótce umrzeć, bo nikt nie będzie sam naprawiał samochodów. Nawet mało kto będzie miał własne narzędzia żeby coś pokombinować nie wspominając już o własnym garażu lub kanale. Prawdopodobnie coś takiego w ogóle odejdzie w zapomnienie, a młodsze pokolenie o kanale lub naprawianiu auta we własnym zakresie usłyszy tylko z dziadkowych opowieści, tak jak my zapomnieliśmy o tym.

najazd samochodowy

Pamięta ktoś jeszcze takie betonowe najazdy samochodowe?