Od kilku tygodni oglądam sobie wieczorami nasz polski kochany serial „Zmiennicy”. To o takich taksówkarzach, gdzie jeden z nich był tranzystorem, czyli babą przebraną za chłopa, a tamten drugi o tym nie wiedział i próbował go, znaczy ją poderwać tyle, że w innym wcieleniu. Ogólnie to pogmatwana historia, serial trudny i nie na każdą głowię, więc nie będę go tutaj opowiadał, bo mi uciekniecie i stasy mi spadną w analytiksie.

Dobra, ale ja nie o serialu chciałem bo to nie jest żaden tam filmweb, gdzie się jakieś tam gwiazdki wystawia, tylko porządny blog motoryzacyjny o poważnej tematyce. No więc racząc się serialową twórczością Barei złapał mnie taki skurcz umysłowy, który każe mi się zastanawiać jak to było kiedyś być kierowcą. No bo dzisiaj to wiadomo. Zapisujesz się na kurs, tam cię uczą teorii o długości lewarka zmiany biegów i coś z praktyki jak jazda po łuku, następnie przechodzi się wewnętrzny egzamin teoretyczny, potem praktyczny i z tą wiedzą jedzie się do ośrodka egzaminacyjnego aby zapisać się na państwowy egzamin teoretyczny. W przypadku jego zaliczenia możemy wpłacając kolejną sumę pieniędzy zapisać się na egzamin praktyczny składający się z dwóch części i jeśli nic nie pochrzanimy może nam się udać wyjechać na miasto. Gdy jednak i ta część egzaminu zakończy się sukcesem zostaje nam tylko kupić plik zielonych listków i oznakować nimi wszystkie samochody w rodzinie i ewentualnie samochody kolegów. No chyba, że koledzy są w naszym wieku i również oznakowali swoje samochody, to wtedy nawet i tego nie musimy zrobić. Po takim właśnie przygotowaniu się do jazdy możemy już śmiało wsiadać za kierownice i odbywać nasz dwuletni okres przygotowawczy. Dzięki temu że mamy zielony listek na szybie i jedziemy wolniej niż wszyscy, to właśnie ci wszyscy wiedzą, że jesteśmy młodymi kierowcami i traktują nas bardziej ulgowo ciesząc się, że doszedł nowy uczestnik ruchu. Jeśli podczas okresu przygotowawczego nie popełnimy żadnego wykroczenia, to nie pozostaje nam nic innego jak zapisanie się (oczywiście odpłatnie) na egzamin ostateczny, który zweryfikuje czy przez ostatnie dwa lata jeździliśmy dobrze, czy też źle. Skoro się nie rozbiliśmy i poznaliśmy na własnej skórze jak jeździ się w praktyce to nie ma mowy abyśmy go nie zdali. Następnie to już prawdziwa wolna amerykanka, można ściągać z szyb listki młodego kierowcy i cieszyć się beztroską jazdą powyżej stu kilometrów na godzinę. Czyli reasumując nie jest to wcale takie pracochłonne (bo jak się nie zda jakiegoś etapu to już kolejnego nie trzeba robić), a i nauczyć się czegoś można przy okazji.

W porównaniu do tego co było kiedyś to bajka. Prawie nic nie trzeba robić. Popatrzcie zresztą sami na obecnego kierowcę i takiego co robił prawko jak wzięli go do wojska i ma od razu wszystkie kategorie.

Dawniej kierowca to był ktoś. Ten ktoś z automatu, że był kierowcą i posiadał prawko był uznawany za osobę, która zna się na samochodach. A popatrzcie na tych dzisiejszych łapserdaków. Bagnet to on jeszcze pokaże jak mu dziadek kiedyś zademonstrował taką czynność, ale koła to taki jeden z drugim to ci już nie umie zmienić. Znaczy pewnie coś tam ogarnia, że aby zmienić koło to trzeba skorzystać z czegoś takiego jak podnośnik, który znajduje się tam pod wewnętrzna klapą bagażnika, ale jak taki podnośnik działa to już pewnie nie powie, nie mówiąc już o jego odpowiednim użyciu. Dawniej to było nie do pomyślenia. Kierowca znał się i nie dzwonił z byle kapcia po lawetę. Każdy woził zestaw kluczy do swojego samochodu. I nie było tak, że jak jakiegoś klucza do samochodu nie ma w zestawie z praktikera to liczy się, że się nie popsuje. Kombinowało się i szukało, aby być przygotowanym na każdą okoliczność. A jak jakiegoś konkretnego wymiaru klucza nie mogło się dostać, bo i tak może się zdarzyć, to kombinowało się jak dorobić. Wtedy to byli cwaniacy, a nie to co dzisiaj, że kombinuje jak tu się z pasa do skrętu wepchać się i pojechać prosto. Kombinowało się jakby to wyrzeźbić taki klucz. Może wziąć nakrętkę i na jej podstawie coś odlać z dobrej stali i jakoś prowizorycznie, podwórkowo zahartować?

I nie było też czegoś takiego, że się nie opłaca. Bębny to się toczyło i dalej jeździło. A dzisiaj taki gówniarz, który ledwie trochę ponad dwa lata spędził starając się o uprawnienia kierowcy będzie mówił, że się nie opłaca i nowe trzeba. Wszystko kuźwa nowe. Gumę taki rurkowiec ci złapie i powie, że koło nowe trzeba, hamulce się zedrą to powie, że trzeba wszystko nowe łącznie z samym pedałem, a jak świeca przestanie dawać iskrę to zastanowi się nad swapem silnika.

W przeszłości kierowcami byli tylko ci z zamiłowania, z przeznaczeniem do siedzenia za kółkiem. Pasjonaci stworzeni do tego, a nie każdy kto tylko przejdzie przez te może z pięć etapów robienia prawa jazdy. Tak samo jak nie każdy jest dzisiaj lekarzem lub księdzem (oj to chyba złe porównanie), tak nie każdy był kierowcą. Jak się nie znał na samochodach, nie wiedział jak wygląda półośka to nie wsiadał za fajerkę. Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Pokażcie mi takiego dajmy na to kierowcę nowej Toyoty Yaris, co w bagażniku będzie woził skrzynkę z narzędziami. No ze świecą takiego szukać, a większość pewnie nie wie nawet jak wyglądają te świece. Już pewnie więcej znalazłbym osób jeżdżących Dieslem do odcinki.Bożenka