Ta cała ostatnia afera Volkswagena z ich wysokoemisyjnymi silnikami Diesla wywołała u mnie dziwną reakcję umysłową. Zupełnie przez przypadek zacząłem w wolnych chwilach zmużdżać się na temat europejskiej motoryzacji.

Głęboko analizuje jej plusy i minusy oraz przeprowadzam wewnętrzne głosowanie miedzy moimi szarymi komórkami w zakresie spraw dotyczących jej przyszłości. W tej chwili nie chodzi mi wyjątkowo o jej aspekt techniczny jakim są silniki elektryczne, jakieś tam ogniwa paliwowe, cały ten wodór i bezemisyjny napęd przy wykorzystaniu zasobów ludzkich przybyłych z odległych nam krain geograficznych. Dzisiaj nie, dzisiaj o tym nie porozmawiamy. No chyba, że na osobności, bo jak wiecie warto rozmawiać.

Po wybryku nicponiów chcących wykołować naszą planetę i zapisać wszystkie kratki tablicy Mendelejewa związkami tlenu z azotem zastępując tym inne ważne pierwiastki, złapałem wewnętrzną rozkminę dotyczącą naszej wygórowanej i przez lata (w sumie od początku jej istnienia) niepodważalnej pozycji lidera światowej motoryzacji. Ogarnijcie taki temat z którym się borykam. Wszystko co dobre (czyli to co ma cztery koła) zostało zapoczątkowane na naszym pięknym kontynencie. Na początku powstawały pojazdy z kotłem z przodu i były to parowozy, jak ten zaprojektowany przez francuskiego inżyniera Cugnota. Potem jacyś inni Europejczycy zaczęli szlifować ten pomysł jak my obecnie szlifujemy silniki spalinowe. A silnik spalinowy też zresztą powstał w Europie i pierwszy powiązany z nim samochód również. Tak więc podobnie jak ja, możecie być dumni z Naszej motoryzacji, bo praktycznie w całości powstała na naszym kontynencie. No, może gdzieś tam zaplątał się Henry Ford, albo ktoś inny, kto nie do końca był Europejczykiem, ale to szczegół i przy obecnej łatwości w modernizacji faktów historycznych z całą pewnością możemy pominąć tego typa, a jeśli już trzeba o nim wspomnieć to przecież nic nie stoi na przeszkodzie, aby powiedzieć, że on również był Europejczykiem. Albo chociaż był europejskiego pochodzenia. Albo miał rodzinę stąd (choć to by się chyba trochę wiązało z tym pierwszym). Albo chociaż był kiedyś w Starym Kontynencie i kupił sobie zegarek za dolary. No tak czy siak, to jeśli ktoś nie wie, to dawniej wiele rzeczy pochodziło właśnie od nas. Nie ze Stanów, nie od Ruskich lub made in China, tylko od nas. Powinniśmy być z tego dumni.

pojazd cugnota

Jednak po tym wszystkim w Europie zaczęto odstawiać takie figle, że nawet najtwardszy facet na świecie uroni łezkę i wytrze ją w rękaw chińskiej koszuli tekstylnej. Na szczęście motoryzacja tak tego nie odczuła (jak inne branże, np. elektronika), bo to u nas było zaplecze historyczne i naukowe dotyczące tego co dobre i związane z samochodami. Czerpiemy z tego doświadczenia do dziś, ale nie rozwijamy go już. W zasadzie tylko się na nim opieramy. Mamy zbudowane bardzo solidne fundamenty, które trzymają tą naszą chałupę do dnia dzisiejszego. Może wydawać się to głupie, bo co niby ma jakiś nowoczesny silnik benzynowy z doładowaniem, do którego BMW nawet wodę wtryskuje w porównaniu z jakimś starym pojazdem z kotłem na pokładzie, albo nawet jakimś ogromnym silnikiem spalinowym o mocy kilku koni mechanicznych. To tak jakby zapytać ile ma nasza obecna drużyna piłkarska z ekipy Kazimierza Górskiego. Oprócz barw narodowych jest niewiele wspólnych cech. Jednak z motoryzacją jest inaczej. Tutaj zasada i myśl techniczna w zasadzie od samego początku się nie zmieniła. Nawet automatyczna skrzynia była dostępna już przed wojną, podobnie jak i większość podzespołów. Wiadomo, że nie można porównywać pierwszego automatu do jakiegoś nowego DSG, ale ważne jest to, że początki były u nas. Niestety obecnie nie robimy NIC oprócz czerpania z okresu świetności naszego kraju i zachowujemy się trochę jak bogato urodzony bachor pozostawiony z sejfem wielkości tyłka Kim Kardjaszan zamurowanym w skale i wypełnionym dolarami. Znaczy euro. Nie robimy nic, aby również dorobić się fortuny tylko jak nam jest coś potrzebne to otwieramy sejf i wyciągamy tyle ile potrzeba. Jednak problem jest w tym, że ile by tam nie było to kiedyś to się skończy i sufit może się spaść na głowę. Chodzi mi tylko o moment kiedy skończy nam się ta forsa doświadczenia motoryzacyjnego zdobyta przez naszych przodków zamieszkujących Stary Kontynent.

O ile chodzi o dalszy ciąg samochodów z silnikami spalinowymi to wydaje mi się, że jeszcze trochę w tym spadku nam zostało, natomiast jeśli chodzi o jakieś innowacje, to jesteśmy z gołą dupą. Na nasz fart, konkurencja nie zabrnęła zbyt daleko dlatego teraz jeszcze liczymy się na runku, ale może się to bardzo zmienić wraz z nadejściem czegoś nowego, czegoś co nasz spadek nie obejmuje. A nie ma w nim na przykład hybryd (wiem, że pierwsze były ze sto lat temu, ale zostawmy to teraz). Wiecie, że nie pałam miłością do hybryd i ciągle powtarzam, że nie mają one sensu, ale bądź co bądź są jakąś innowacyjnością. Dwadzieścia lat temu tego nie było, a teraz jest. Może nie są najlepszym rozwiązaniem, ale jakby nie patrzeć to coś nowego. Pierwsza była Toyota Prius. Kraj pochodzenia – Japonia. Wyprzedzili nas. Ich jest u góry, dupa zbita. Następnie była bliźniacza Honda Insight. Też Japonia. Jeśli dobrze pamiętam to był też fajny pomysł z wykorzystaniem dwóch silników jak Honda CRZ. Ale to również Japonia. Potem oczywiście i u nas coś się pojawiło, ale w nieco innej formie. Wbrew pozorom hybryda ma większy sens właśnie w samochodzie typu LaFerrari, czy P1 niż Prius, ale to już szczegół. Pierwszy był jednak Prius, bez niego pewnie supersamochody nie byłyby hybrydami.

Przejdźmy jednak dalej. Hybrydy są do dupy, więc nie powinno nas boleć, że ktoś obcy szybciej ogarnął temat. Następnie jednak przyszła moda na elektryki. Ja wiem, że silnik na prąd był wynaleziony ze sto lat przed wojną, więc to też żadna nowość, ale potem zapomniano, że w samochodzie można go użyć do czegoś innego niż podnoszenie szyby, więc śmiało możemy napisać, że odkryto go na nowo. Jednak również nie u nas i również w Japonii. Konkretniej w Mitsubishi i-MiEV. To był chyba pierwszy samochód na ful prąd. Z tych nowych oczywiście. Potem dołączył do niego Peugeot iOn oraz cytryniak C-zero, ale to były samochody całkowicie oparte na i-MiEV i również zrobione przez Mitsubishi, tylko pod różnymi nazwami. Dalej był oczywiście Leaf od Nissana i ZOE od Renault, ale przecież Renault współpracuje z Nissanem, więc ciężko mówić tu o jakiejś samodzielności. Czymś innym jest jedynie BMW i3, jednak nie zmienia to faktu, że o elektrykach przypomnieli wszystkim Japończycy, a obecnie prym w tym wszystkim wiedzie Tesla. Wniosek jest taki, że my już nie umiemy być z przodu z czymś nowym.

Zdecydowanie najnowszym pomysłem są auta na ogniwa paliwowe. Pierwszym z nich jest Hyundai ix35 Full Cell, czyli tym razem nawet nie Japonia nas wyprzedziła, a Korea. Japonia oczywiście też. Przecież to na dniach odbyła się premiera Toyoty Mirai, która istnieje już nie tylko w fazie projektu, ale nie długo będzie można ją kupić. Prawdopodobnie kolejna będzie Honda FCV. Dla Europy jednak jeszcze to nowość. Któryś z europejskich producentów mówił coś o wodorze?

I ostatnia sprawa, to samochody autonomiczne, których jeszcze w sprzedaży nie ma, więc ciężko powiedzieć kto osiągnie na tym polu największy sukces, ale zdaje się, że pierwsze z zamiarem nosiło się Google z iCar’em. Elon Musk z Tesli mówi, że ma już gotowego update do Modelu S, który sam przejmie stery samochodu i na razie trwają jego testy. Jeśli miałbym dziś obstawiać to właśnie Tesla pierwsza zrobi auto w pełni autonomiczne, które będzie można kupić. Doceniam oczywiście też pracę Googla. Jednak w tym punkcie całkowicie nie pohejtuje Europy, oj nie. Wiecie, zaczęło się od tego, że pisałem o niej niezwykle pozytywnie, potem trochę przybrudziłem jej wizerunek, więc przynajmniej skończę na takim w miarę średnim poziomie. Wiem, że w pracę nad autonomicznymi pojazdami prowadzą Audi, które chyba jest liderem w tej kwestii bo przejechało z pasażerami kilkaset autonomicznych kilometrów, mamy też Volvo z projektem Drive Me, który zakłada że w 2017 roku pojawi się jakieś autonomiczne auto, Mercedesa, który chyba kombinuje coś z ciężarówkami i holenderskie minibusy WEpod, które jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem już od lipca będą kursować. Jednak sprawę pojazdów autonomicznych ciężko jest obecnie rozliczyć i powiedzieć, kto pierwszy zrobi coś dostępnego w sprzedaży.

Dobra, przebrnąłem przez temat. Zmęczyłem siebie i Was, ale zaorałem ten grunt. Kurde, żałuję, że tak wyszło. Wolałbym napisać jakiś list pochwalny i wyśmiać w nim innych, ale no nie da się. Nie wiem jak musiałbym nagiąć fakty, aby postawić na naszym. Pewnie należałoby całkowicie zataić istnienie obcych rynków i wmawiać, że trochę inne poprowadzenie wahacza w Q7 to jest właśnie ten progres, o który w XXI wieku chodzi.

Koniec.

Z naszą dominacją jest już bliski.