Było sobie raz tak, że jechała pewna pani samochodem. Z Warszawy do Wrocławia. Ale ponieważ nie wiedziała, którą drogą należy jechać (jak to zwykle kobieta hyhy) pożyczyła od koleżanki nawigację i przyczepiła ją sobie do szyby. Na przyssawkę.

Wcześniej przygotowując się do trasy skontaktowała się jeszcze ze swoim kolegą, aby pokazał jej jak się ustawia urządzenie. Ustawiła sama. Była już gotowa do wyjazdu, wszystko spakowane, trasa wklepana w nawigację, można jechać.

Po dwóch godzinach jazdy wypadało zrobić odpoczynek i zjeść coś ciepłego. Pani zatrzymała się w zajeździe „U Tadka”, po czym kontynuowała drogę. Nawigacja wciąż działała, bo kolega przed wyjazdem przypomniał jej o podpięciu urządzenia do ładowarki. Droga układała się bardzo dobrze, choć było trochę pochmurno. Ale nie padało. W pewnym momencie nawigacja kazała zjechać z głównej drogi jedną z estakad i kontynuować podróż przez okoliczną wieś. Kobiecie to specjalnie nie przeszkadzało, bo zasłuchana była w muzyczny miks z poprzedniej dekady. Wieś się skończyła, ale droga prowadziła dalej. Tym razem już nie między urokliwymi domkami z azbestem na dachach, tylko między nie mniej malowniczymi łąkami i polami. W pewnym momencie elektroniczny głos kobiety z nawigacji wydał rozkaz „skręć w prawo”. A w prawo był tylko las. Skoro jednak nawigacja tak mówi, to znaczy, że tak trzeba jechać. Może to jakiś skrót? – pomyślała kobieta. Pojechała. Na początku droga była w miarę szeroka, a las nie był jeszcze bardzo gęsty, więc nie było podstaw by wpadać w panikę. Po dziesięciu kilometrach takiej jazdy, było coraz ciemnej, bo godzina była późniejsza, a las gęstniał. Nawigacja nadal kazała jechać w zadanym kierunku. Kobieta wyłączyła muzykę i powoli zaczęła analizować swoją sytuację, bo leśna droga ze stolicy do Wrocławia wydawała się być trochę podejrzana. Jednak kobieta jechała już ponad godzinę przez las, więc stwierdziła, że nie opłaca jej się zawracać, bo straci za wiele czasu. Las przecież nie może być nieskończony, a nie idzie pieszo tylko ma samochód. Niestety paliwa coraz mniej. Zabrakło go po kolejnej godzinie jazdy i kobieta musiała zatrzymać się w obcym dla siebie miejscu, nie będąc w stanie nawet określić gdzie dokładnie jest. Było już ciemno. Słońca nie było widać. Telefon był prawie w pełni naładowany, ale poza zasięgiem. Nie miała wyjścia. Weszła do samochodu i czekała. Po ośmiu dniach znaleźli ją leśniczy podczas cotygodniowego patrolu. Kobieta była odwodniona, wygłodzona i w kiepskiej kondycji psychicznej. Rodzina zgłosiła zaginięcie.

*

Pan Bartek z Piły szukał nowego samochodu. Jeździł wysłużoną już Astrą 1.4 w gazie i chciał zmienić, bo samochód choć oszczędny, to zaczynał się psuć i miał strasznie skorodowane podwozie. Nie było sensu brać się za blacharkę, bo ta zawsze droga, a samochód swoje lata już miał. Po głowie chodziło mu coś nowszego, z automatyczną klimą i mniejszym przebiegiem. Silnik miał być oszczędny. Najlepiej w gazie. Wybór padł na kilkuletnie Sandero. Pan Bartek nie był fanboyem żadnej marki, więc wybór wydawał się być idealny. Bardzo rozsądny. Ponieważ miał długo odkładane pieniądze podjął decyzję o zakupie. Znalazł swój przyszły samochód na aukcji internetowej, lecz daleko od domu, bo wystawiał go taki jeden, zresztą bardzo sympatyczny pan z okolic Jastrzębiej Góry. Nie był to handlarz. Osoba prywatna, co zresztą było dużym plusem. Panowie dogadali szczegóły, właściciel przez telefon wydawał się być bardzo wiarygodny, więc Pan Bartek naszykował się na kupno. Wiedział, że nie wróci nim od razu do domu, ale chce już sobie zaklepać wóz. Wziął więc zaliczkę.

Przygotowując się do wyjazdu w okolice Jastrzębiej Góry Pan Bartek wziął ze sobą nawigację, ponieważ nie znał do końca drogi. Z urządzeniem czuł się pewniej. Podróż przebiegała bezproblemowo. Był idealny dzień na kupno samochodu, jasno co znacznie ułatwia rozpoznanie wgnieceń i innych zaniedbań na karoserii. Pan Bartek dojechał do Jastrzębiej Góry, lecz nigdy tam nie był wcześniej i postanowił zaufać nawigacji. Wpisał odpowiedni adres, wyłączył radio by lepiej słyszeć komendy nawigującej kobiety i podążał za jej wskazówkami. Droga wiodła przez gęsty las, co trochę zdziwiło kierowcę, ale nawigacja nadal pokazywała, aby jechać do przodu w stronę niebieskiej plamy na ekranie nawigacji. Pan Bartek jechał ze wskazówkami, aż spadł z klifu. Na szczęście wiele mu się nie stało, choć trafił do szpitala na kilka dni. Samochód trafił do kasacji.

Podobnych sytuacji w skali roku w Polsce stwierdzono jeszcze 17, ale korzystać z urządzeń nawigacyjnych zabroniono wszystkim.

Fakty w podanych sytuacjach zostały zmyślone, choć nawiązują do wydarzeń autentycznych. Szacuje się, że cała sytuacja może mieć miejsce w niedalekiej przyszłości.

samochod w lesie