Zawsze byłem zdania, że im mniej przepisów i regulacji różnej treści tym lepiej. Nie żebym od razu był jakimś anarchistą ubierającym się w koszulki ze znaczkiem amperomierza, ale uważam, że jak już jest jakiś przepis to powinien być logiczny.

I przede wszystkim, aby nie był sprzeczny z jakimś innym przepisem. Dlatego musi ich być możliwie mało, aby się nie wykluczały. Zobaczcie sami jak mi nie wierzycie (a pewnie tak jest, co zresztą dobrze o Was świadczy). Wyobraźcie sobie na chwilę, że robicie po godzinach w przedszkolu z małymi i musicie im wymyślić jakiś regulamin, który ma mieć 10 punktów. Wymyślone?

Nie? No dobra, to czekamy.

Już? Fajnie. To teraz wywalcie na fajans ten regulamin i postarajcie się stworzyć nowy regulamin, który miałby 100 punktów. I żeby żaden się nie powtarzał i co najważniejsze nie był sprzeczny z choćby jednym poprzednim. Mam nadzieję, że zrozumieliście o co mi chodzi. Dlatego właśnie uważam, że formułowanie jakiś przepisów, a w tym wypadku kodeksu drogowego powinno być proste, przejrzyste i krótkie. Nie cała książeczka sprzedawana w twardej oprawce, tylko coś co można komuś włożyć na ulotce za wycieraczkę, a jeszcze lepiej aby kodeks można było upchnąć w twicie (jak to się do cholery odmienia?) twitterowym.

Na początek jeszcze zapodam taką małą uwagę. Generalnie uważam, że nasz kodeks jest całkiem spoko, bo takie obrazki
zakaz_nakaz_skretu
to nie jest wina lipnych przepisów, tylko hmmm… opasłych debili, którym udało się wepchać swój tłusty tyłek na zbyt wysoki stołek. Bo ani nakaz skrętu, ani zakaz sam w sobie nie jest zły, ale wieszanie ich na jednej rurce nie świadczy najlepiej o stanie umysłowym osoby za to odpowiedzialnej.

Jednak mimo całkiem dobrze skomponowanych przepisów mamy takie o to paradoksy, którym raczej daleko do sensownych argumentów, które mogłyby je obronić.

1. Z numerkiem pierwszym moje ulubione :) Coś do czego już nie raz się przyczepiałem, więc i teraz nie odpuszczę sobie. A co!

Obowiązek zapinania pasów bezpieczeństwa w samochodzie i zupełnie legalna jazda na motocyklu.

I nie chodzi mi tutaj o legalną jazdę na motocyklu bez pasów tylko w ogóle. O sam fakt, że można wsiąść na motor i pojechać. Przecież w kontekście tego, że pasy TRZEBA zapinać to głupie, że wolno jeździć na motorze.

Przykładzik poproszę.

Już daję. Mając prawko kat. A mogę założyć laczki, krótkie spodenki, biały podkoszulek poplamiony pomidorówką oraz kask za pięć dych z allegro i grzać na maszynie, która ma trzy sekundy do setki i nie ma żadnej chroniącej mnie obudowy. Kurde, a jakby się głębiej nad tym zastanowić to i w takim zestawieniu legalnie można w zimę naginać. Przecież to niebezpieczne! Można se nerki wychłodzić!

A do samochodu, który ma cztery koła, mnóstwo blachy, kilka chroniących mnie szyb i sam się nie przewraca nie mogę wsiąść nawet w kasku i kombinezonie jeśli się nie przypnę. Dajesz to na wiarę?

2. Spokojnie, spokojnie. Jeszcze tym pasom tak łatwo nie odpuszczę :) Tym razem znowu zestawiamy brak możliwości jazdy bez pasów w aucie z całkowicie legalnym podróżowaniem bez pasów, ale w autobusie. Ba, tam to jak się uprzeć to na stojaka nawet możecie naginać. Albo na kolanach drugiej osoby. Pełna dowolność, jak z małżeństwem w Holandii.

Czyli jeśli byśmy argumentowali przymusowe zapinanie pasów kwestiami bezpieczeństwa, to trzeba uznać, że jazda w samochodzie bez pasów jest niebezpieczna, a jazda na stojąco bez trzymanki w autobusie (który podlega tym samym ograniczeniom prędkości co samochód) jest już w zupełności bezpieczna. Na tyle bezpieczna, że nawet małe dziecko może jechać zupełnie luzem.

3. Idziemy dalej i zostawiamy pasy w spokoju i przyczepiamy się do rozmawiania przez telefon. Z jednej strony nie można jechać rozmawiając przez telefon trzymając go w jednej ręce, a z drugiej strony nie ma żadnego przepisu, który mówiłby, że obie łapki muszą być na fajerce. Czyli mogę trzymać w ręce przy uchu na przykład hmm… kilka tabletek do zmywarki i nawet do nich gadać, a telefonu już nie. Nie można też tłumaczyć tego w ten sposób, że gadanie z kimś przez komórkę rozprasza, bo jest to dozwolone, ale przy użyciu słuchawek lub zestawu głośnomówiącego.

I tutaj oprócz tego paradoksu pojawia się drugi paradoks. Mój wewnętrzny. Chodzi o to, że rozumiem ten przepis. Zgadzam się z tym, że gadanie przez komórkę rozprasza i odbiera jedną rękę z kierownicy, nie ma jak zmieniać biegów jeśli jedziemy manualem i te sprawy, ale z drugiej strony… (kurna, walę tym wielokropkiem dzisiaj jak jakaś nastolatka) no właśnie. Nie ma jak tego logicznie rozpisać w przepisach. Czyli tak, żeby nie było paradoksu i nie wykluczało się z czymś innym. Przynajmniej mi nie przychodzi nic do głowy. Pomożecie?

4. Alkohol. Facet, który wypije dwa browary nie może wsiąść za kierownice i pojechać, a trzeźwa kobieta może. A tak obiektywnie, to powiedzcie kto tutaj może stworzyć większe zagrożenie?

Dobra żarcik, hehe. Tak na rozluźnienie pośladów.

Szerokości Drogie Panie :)

5. Przyszedł czas, aby dobrać się do kasków. Znaczy do jego przymusowego zakładania. Już kit z tym (w tej chwili oczywiście, bo ogólnie to baaardzo ważna kwestia), że traktują nas jak hołotę każąc zakładać kask, ale może dojść do takiej paradoksalnej sytuacji.

Skuter jedzie 45 km/h, bo jest zablokowany, a na nim gość w kasku i z lewej strony wyprzedza go kolarz na kolarzówce w obcisłych i uwypuklających co nieco kolarkach, który na głowie ma jedynie chustkę kupioną na wyprzedaży w Lidlu. I robi to zupełnie legalnie. Po prostu jadąc z lekkiej górki 50 km/h na szosowym rowerze, który waży tyle co jądro bozonu nie musimy przestrzegać żadnych przepisów odnośnie nakrycia głowy, a jadąc już trochę mniej na skuterze nie tylko sugeruje nam się, ale i każe założyć odpowiedni kask. I tłumaczenie w stylu „co kogoś obchodzi moja własna, prywatna głowa” nie wydaje się być na miejscu.

6. Tego niestety nie jestem pewien, ale kiedyś słyszałem coś takiego, że w samochodzie nie wolno wozić kija bejsbolowego. Tak jak mówię, prawnikiem nie jestem, policjantem tym bardziej, więc nie mam pewności co do tego przepisu, dlatego też zaczerpnąłem wiedzy z forum i już wiem jak jest

bmw bejsbol

Przejdźmy jednak do paradoksu. Kija bejsbolowego mieć nie mogę, ale już dajmy na to płaską 60-tkę to jak najbardziej. I gazrurkę. I zwykłą rurkę. I siekierę. I piłę spalinową (…). I kawał pręta. I kawał kabla. I podkaszarkę na akumulator. I elektryczny widelec do spaghetti. I jeszcze w ch*j rzeczy. Tylko tego kija mieć nie mogę. Gdzie tu zysk, gdzie logika?

7. O tym już raz napisałem, to teraz tylko przypomnę i zaznaczę, że ten przepis to nie u nas, ale chyba gdzieś na zachodzie.

Wpuszczanie na buspas pojazdów elektrycznych żeby sobie pojechały, a spalinowce postały.

??

Mówi się, że teraz stawia się na ekologie. Wszystko eko i nawet siatki w marketach to biodegradowywalalne są. Jest moda na samochody zero emisyjne, które nie kopcą tam gdzie stoją, tylko trują tam gdzie się komin postawi w celu uzyskania prądu. Wszystko spoko, ja naprawdę rozumiem i zgadzam się z tym, że do miasta gdzie jest sporo osób, to lepiej wjechać autem na prąd niż takim zwykłym żeby nie zasmrodzić tego miasta. Ale niech ktoś mi do cholery wytłumaczy sens wpuszczania na buspas właśnie takiego niesmrodzącego elektryka, aby sobie szybko przejechał i jednoczesne blokowanie samochodów wydzielających w miejscu w którym stoją nie małą ilość syfu. Przecież to absurd. Powinno być dokładnie na odwrót. Przecież gdyby nawet w mieście zrobić gigantyczny korek aut elektrycznych, to stężenie szkodliwych gazów w powietrzu się nie zmieni. Elektryk i tydzień może postać i nic się nie stanie, podczas gdy każda minuta stania jednego auta z silnikiem spalinowym przyczynia się do zwiększenia zanieczyszczenia. Fuck logic.

8. Dobra, ostatnia sprawa i daję Wam spokój. Jeśli się nie mylę, to jesteśmy jedynym lub jednym z niewielu krajów, gdzie rząd doszedł do wniosku, że bezpieczniej jeździ się jak jest ciemno i mniej widać. Dlatego po mieście w dzień mamy 50 km/h, a w nocy 60 km/h. Ja rozumiem, że można to argumentować tym, że w nocy jest mniejszy ruch i coś tam coś tam, ale przechodząc z teorii do reala to chyba się nie sprawdza. Owszem, w dużych miastach w godzinach szczytu jest znacznie większy ruch, ale wtedy nie ma również mowy o przekroczeniu jakiegokolwiek ograniczenia. Chyba, że dotyczy ono emisji tlenków azotu, a my mamy 2.0 TDI #heheszki #pozdro600. Natomiast jazda w innych godzinach dziennych nie różni się zbyt wiele w kwestii natężenia ruchu od śmigania w nocy. Zwłaszcza gdy kwitnie życie nocne.

Koniec. Znaczy nie w sensie, że to już koniec z paradoksami i więcej ich nie ma bo pewnie są, ale ja tylu się dopatrzyłem. Jeśli znacie jeszcze jakieś to chętnie posłucham. Przyda się do rozmów przy piwie ze znajomymi.