Zaczęło się od tego, że wczoraj wieczorem – a w zasadzie w nocy, tuż przed snem – wziąłem sobie do poczytania magazyn motoryzacyjny „Auto moto technika”. Czyli nie żaden tam samochodowy pudelek, z którego dowiemy się ile koni ma nowe Lambo w wersji specjalnej, pomalowane na ostry róż, tylko treściwe i rzeczowe czasopismo o technice motoryzacyjnej prowadzone przez inżynierów.

I jak się nie wku**iłem podczas czytania poradnika dotyczącego samodzielnej wymiany elementów metalowo-gumowych (wiem, wiem to nie jest najnowszy numer, przyznaje że wolno się zbieram do słowa pisanego). Zrobiło mi się gorąco, wyschło mi w ustach i mimo późnej godziny nagle zrobiłem się rozbudzony i miałem ochotę obić komuś ryja twarz. W efekcie długo nie mogłem zasnąć. Miałem natomiast ochotę zasiąść przed kompem jak król na tronie ze złota i napisać wszystko co myślę w tamtej chwili. Na pewno wpis posiadałby sporą ilość emocjonalnych zwrotów, ale obawiam się, że osoby wrażliwe na piękno naszego języka mogłyby nie dotrwać do jego końca.

No. To by było tyle tytułem wstępu, a teraz wyjaśniam o co się dokładnie rozchodzi i dlaczego gazetka o śrubkach, nakrętkach i zawieszeniach samochodowych jest w stanie wywołać po nocy takie emocje mimo braku rozkładówki. Czytany przeze mnie artykuł został umieszczony w dziale „porady”, czyli ja jako czytelnik wywnioskowałem jeszcze przed jego przeczytaniem, że artykuł może mi w czymś pomóc. Albo, że po jego przeczytaniu nabędę jakąś nową umiejętność jak harcerz bo dwutygodniowym obozie przetrwania w sercu zarośli i chaszczy poza strefą internetu LTE. Ponieważ miesięcznik kupiłem w normalnym salonie prasowym (dawniej kiosku), a nie na specjalistycznych targach, na które zapraszani są jedynie najwięksi majstrowie w kraju, wywnioskowałem również że jestem przeciętnym odbiorcą tego pisemka. Dlatego zabrałem się do lektury artykułu poświęconego wymianie elementów metalowo-gumowych w samochodzie. Czyli tego czegoś w co wkłada się wahacz.

Niby normalna sprawa, nic dziwnego. Temat wydaje się rozsądny. Taka tuleja to nie jest nic nadzwyczajnego, to nie jest kurde magiel czy coś równie skomplikowanego więc fajnie, że są ludzie doradzający jak zrobić to poprawnie. I normalnie do niczego bym się nie przeczepił, gdyby nie to, że w poradniku napisali o prasie hydraulicznej. No ku**a. Ma ktoś z Was prasę w garażu? Albo dobra, inaczej. Zna ktoś z Was kogoś, kto miałby dostęp do takiej prasy? Może ja nie mam zbyt wielu znajomości, na bookface nie posiadam miliarda koleżanek i kolegów, ale nie wydaje mi się żeby posiadanie prasy hydraulicznej było czymś normalnym. Jak odkurzacza. Jak tostera. Jak szczotki do kibla. Dobra, mam kilku znajomych co mają kanał. Kogoś, kto ma podnośnik typu żaba. Ale nie znam nikogo kto miałby prasę do cholery!

fanpage

A zresztą, dobra. Może się czepiam, a nie znam się i prasa to obowiązkowa pozycja przy tej naprawie. Coś takiego jak drugie koło przy wymianie koła. Wtedy jedynym słusznym i logicznym wyjściem ze sprawy byłoby albo napisać ten artykuł przy zaznaczeniu, że potrzebne jest coś więcej niż taśma klejąca i WD40, albo nie pisać tego wcale wychodząc z założenia, że i tak nikt nie ma prasy, więc nie zastosuje się do porad.

Jednak to wcale tak nie jest. Miałem kiedyś okazję popracować chwilę w warsztacie samochodowym. Dosłownie chwilę. I to nie w jakiejś tam dziurze typu „Mechanika Bogdan”, tylko normalnym ASO jednej z marek na naszym rynku. Pamiętam, że na dwóch dużych ścianach w tym serwisie znajdowały się ogromne tablice z przyczepionymi narzędziami. Podpis nad tym wszystkim był „narzędzia specjalne” czy jakoś tak. Były tam różne tulejki, bolce, kikuty, rurki odcięte na wymiar i inne szpargały. Sęk w tym, że nikt z tego nie korzystał. Raz z nudów, w przerwie w robocie zacząłem się przyglądać tym narzędziom i znalazłem nawet zwykły kawałek metalowej płytki zawieszony na haczyku. Spytałem się mechanika z którym robiłem co to jest i do czego służy. Powiedział, że nie wie i że prawdopodobnie jestem pierwszą osobą w tym warsztacie, która wzięła tę płytkę do ręki. Z innymi narzędziami nie było lepiej. Stanowiły one jedynie funkcje ozdobną i pokazową. Oczywiście instrukcje od producenta wymagały stosowania specjalistycznego sprzętu, a nie tylko młota i pneumata, ale każdy mechanik miał swoje sposoby i większość napraw dokonywali przy użyciu tego co większość z nas trzyma w skrzynkach. Nawet przy wymianie elementów metalowo-gumowych.

Dlatego tym bardziej nie rozumiem magazynu motoryzacyjnego, którego celem jest niby danie jakiejś porady w taki sposób, w który wiadomo już na wstępnie, że nikt z niej nie skorzysta. Powinni napisać jak wymienić taką tuleje przy użyciu śrubsztaka i młotka, a nie prasy hydraulicznej. Rozumiem jeszcze to, że producent tworzy jakieś skomplikowane procedury. Znaczy tego też do końca nie ogarniam, ale już przywykłem. Chyba już nikogo nie dziwi fakt, że do urządzenia, które ma dwa przyciski dodawana jest instrukcja grubości rękopisu Pana Tadeusza. Niestety świat zmierza w dziwną stronę i każdy woli napisać milion stron głupiego manuala i mieć dupokryjkę na wypadek gdyby ktoś chciał przystawić sobie do krocza pistolet do gwoździ niż zrobić coś na zdrowy rozsądek.

Jednak nadal nie rozumiem po jaką cholerę kontynuować ten stek bzdur w czasopiśmie? Oni wiedzą, że tak się nie robi. My wiemy, że tak się nie robi. Oni wiedzą, że my wiemy, a piszą. My i tak nie zrobimy jak oni piszą, a czytamy.