Ostatnio byłem na urlopie od internetów oraz blogowania, więc poza jeżdżeniem na nartach i wieczornego spożywania piwa musiałem jakoś wypełnić nadmiar wolnego czasu. Dlatego tak ważny w minionym tygodniu był dla mnie telewizor z ogromną liczbą programów, z których dało się oglądać góra trzy.

Wiem, że to brzmi kiepsko, bo współczesna telewizja ma większe niedociągnięcia niż Grecja w swoim budżecie, ale jeśli przychodzicie zmęczeni po całym dniu spędzonym na stoku to oprócz pstryknięcia sobie energetycznego trunku w złocistym kolorze możecie pstryknąć tylko telewizor. Następnie przelatujecie całą listę kanałów i stwierdzacie, że wszystkie są do dupy. Robicie to jeszcze raz, ale już z obniżonymi wymaganiami żeby nie stanęło na niczym. Potem jeszcze kilka razy, aż w końcu stwierdzacie, że skoro lubicie samochody to najlepszym wyborem powinna być obecnie mało szanowana stacja z dopiskiem Turbo.

Ale ja znowu nie o tym miałem. Nie chcę pisać na temat ich ramówki, bo wpis byłby nudny (a tak jest szansa, że nie :D), tylko o tym, że w jednym z programów tej stacji dwóch panów zwróciło uwagę na liczne systemy wspomagające kierowcę podczas jazdy. Wiecie, te wszystkie ABSy, kontrole trakcji i inne wykrywacze martwych kotów rozkładających się na ulicy. I jeśli dobrze pamiętam to wymienili ich całkiem sporo. Zdecydowanie więcej niż ja teraz.

I wtedy mimo zmęczenia oraz wypitego piwa doznałem pewnej refleksji antysystemowej. Bo popatrzcie na to i odpowiedzcie sobie sami czy to ma sens. Powiedzmy, że jestem osobą która jako tako ogarnia co się dzieje na moto rynku. Kiedy jaka premiera i jakie są tendencje. Czasami nawet jeżdżę jakąś testówką, która z reguły jest stosunkowo młodym autem i na szafie ma czasami nawet poniżej tysiąca kilometrów. Dlatego można założyć chyba taką tezę, że orientuje się i powinienem wiedzieć jak działają wspomniane systemy bezpieczeństwa.

Z tym, że niekoniecznie. Bo prawda jest taka, że specjalnie mnie te wszystkie dobrodziejstwa nie kręcą, więc wymienić jestem w stanie tylko kilka podstawowych. W szczególności te, który były już na rynku z piętnaście lat temu. Słyszałem też o kilku nowszych, ale głównie z opowiadań lub reklam Volvo, w których samochody same hamują i to na tyle czule, że kawa w otwartym kubku ani drgnie.

Jednak dopiero teraz zacząłem zdawać sobie sprawę, że pewnie z dziewięćdziesiąt kilka procent kupców nowych aut ma dziesięć razy mniejsze pojęcie o tym co siedzi w nowych autach niż ja. Zatem kupują samochód pełen zagadek i systemów, których nie wiedzą jak poprawnie używać. Pamiętam jak kiedyś odebrałem do testu chyba na maksa wyposażonego Nissana Note. Kosztował ze trzy razy więcej niż podstawa. Był bardzo spoko, ale w pierwszych kilometrach nie miałem pojęcia co mi pitoli z głośników za każdym razem gdy zmieniam pas ruchu. Dopiero po kilku zmianach pasa i kilkunastu kilometrach pokapowałem się, że chodzi o jakiegoś asystenta zmiany pasa ruchu, który wyje jak zaniedbany rozrząd za każdym razem gdy chcesz zmienić pas. Nie dlatego, że ktoś jedzie na pasie obok. Nie dlatego, że coś się spieprzyło z czujnikiem (chyba). Tak po prostu, taka funkcja. Dlatego zacząłem się zastanawiać czy obecnie montowane systemy bezpieczeństwa rzeczywiście je poprawiają, ponieważ większość ich użytkowników nic o nich nie wie. Kierowcy nie ogarniają jakie kompetencje w prowadzeniu samochodu ma elektronika i kiedy należy uznać, że jest gitara i tak ma być, a kiedy, że coś się spieprzyło. Na pewno znacie tę opowieść o tym jak chyba w Stanach czy gdzieś zwiększyła się liczba wypadków po tym jak ludzie nie wiedzieli o co chodzi z odbijaniem hamulca jak mają furę z abeesem.

Druga sprawa jest taka, że czasami jak daję się komuś karnąć testówką to często osoby stresują się samym faktem, że nie wiedzą jak uruchomić dane auto, bo kluczyk nie jest kluczykiem tylko pilotem i można go sobie wsadzić w kieszeń, a nie do stacyjki, której nie ma. Nie łapią, że kierownica raz potrafi kręcić się lekko, a potem mniej lekko. Albo tego, że silnik gaśnie na światłach sam, a potem się uruchamia. Też sam. Duża część osób ma odruch żeby jeszcze raz przekręcić kluczyki. No chyba, że ich nie ma. Nie jechałem jeszcze autem, które samo hamuje jak wykryje coś tam na drodze lub koryguje tor jazdy, ale mam wrażenie, że osoby, które nawet nie zdają sobie sprawy z istnienia takich systemów mogą sobie po prostu z tym nie poradzić jeśli z auta korzystają tylko sporadycznie i za każdym razem gdy wsiądą do czegoś takiego nie będą czuły się swobodnie.

Na koniec zarzuciłbym jakimś wnioskiem w tym ostatnim akapicie, ale jakoś nie bardzo mogę coś logicznego wykombinować żeby nie brzmiało to tak, że nowe auta są be, a te stare to dla prawdziwych facetów. Po tak błyskotliwym stwierdzeniu pewnie mógłbym liczyć na etat w telewizji Turbo.