Pewnie jak każdy współczesny kierowca – który nie uważa Poloneza za nowoczesny samochód – zdarzyło mi się jechać gdzieś z nawigacją. A to z taką na przyssawkę, a to z taką w telefonie, a jak mam testówkę to często korzystam z tej wbudowanej, za którą przy zakupie trzeba dopłacić mniej więcej tyle co do kredytu we frankach. I chyba większość z tych urządzeń co korzystałem miała jakiś mega irytujący mankament.

Pisząc mega irytujący miałem na myśli tak głupi, przeszkadzający bzdet, który z teoretycznego punktu widzenia przy zakupie można zaakceptować. Taki, który niby nic, ale jednak wkurza za każdym razem gdy korzystamy z nawigacji. I w końcu taki co kurde siedzi w tej nawigacji z niewiadomych przyczyn i ciężko jest w ogóle zrozumieć jak on się tam znalazł.

Czyli jednym słowem mówiąc – a w tym szczególnym przypadku to nawet pisząc – nie chodzi mi o kiepskie nawigowanie, dobieranie trasy do najbliższej Biedronki przez Machu Picchu lub wyświetlacz o tak rozległych kątach widzenia jak horyzonty przeciętnego urzędnika. Nie chcę też obwiniać żadnego producenta tego sprzętu, że jego mapy sięgają nie dalej niż do trzepaka na sąsiednim podwórku. To wszystko jest do zrozumienia. Po prostu. Płacisz gówniane pieniądze za sprzęt to masz gównianą jakość. Nic w tym trudnego. Jednak w kilku modelach nawigacji z jakich korzystałem spotkałem tak durne błędy, które uprzykrzały życie nawet bardziej niż jakiś tam KOD. Pomijam też obsługę, która czasami jest tak skomplikowana jak prawidłowe rozliczenie się z urzędem podatkowym jak prowadzimy własną działalność gospodarczą.

Ale do rzeczy. Już wyjaśniam o co chodzi i to na przykładach.

Zacznę z grubej rury, czyli od najbardziej irytującego przykładu i zarazem od pierwszego na jaki natrafiłem korzystając z navi. Dawno, dawno temu testowałem sobie jednego z pierwszych w Polsce (sorry, ale musiałem się tym pochwalić jako bloger) Peugeota 3008 HYbrid (ogólnie auto bardzo spoko, ale tak mnie stopa od gazu drętwiała, że prawie tuż po ruszeniu włączałem tempomat i przyspieszałem z guziorów), w którym to pani w nawigacji bardzo wyraźnie mówiła „w plewo” zamiast „w lewo”. Znacie to? Na pewno, bo już nie raz się z tym spotkałem. Jeśli się nie mylę to nawet w Yanosiku jest taki lektor/syntezator czy kto to tam jest. Ogarnijcie to sobie. Komunikat w którą stronę należy skręcić jest chyba jednym z najważniejszych. Jak można dać lektora, który będzie mówił tak niewyraźnie, że z łatwością można będzie się pomylić? Do dziś pamiętam, że korzystając z tamtego wbudowanego navi nawet po kilkukrotnym powtórzeniu komunikatu, nie byłem pewny. To trochę tak jakby zamiast zielonego i czerwonego światła na drodze dać brązowe i piwne lub czerwone i pomarańczowe. Albo różowe pedalskie i różowe gejowskie.

Kolejną irytującą sprawę w kwestii nawigacji znalazłem testując Skodę Yeti, której jeszcze Wam kurde nie opisałem i cały czas mnie to gryzie i dokucza, bo jeździłem tym autem jeszcze za czasów śniegu w stolicy. Wracając jednak do tematu tamta nawigacja była całkiem spoko, ale lektorka/syntezator damskiego głosu korzystała z jakiejś dziwnej składni. Był komunikaty w stylu „za pięćset metrów skręć w prawo w drogę e-siedemdziesiąty-siódmy”, albo „jedź drogą e-trzydziesty”. Może nie jestem specjalistą językowym, a szkole nauczyciele od polskiego oceniali moje umiejętności na czwórki lub trójki, ale nawet ja widzę, że coś tu jest nie tak. Że te liczebniki wymawiane przez nawigację są jakieś takie jakby w nie w tej formie. Coś jakby uchodźca obcokrajowiec do nas gadał. Wiem, że z takim czymś da się jeździć i raczej nie zabłądzimy. Najpierw będziemy się z tego śmiać, że ktoś zrobił taki błąd programując nawigację, ale potem będzie nas to wkurzać, że ktoś jest tak tępym idiotą, że zaakceptował urządzenie z takim błędem.

Na koniec zostawiłem sobie nawigację z ostatnio testowanego Isuzu D-Max (jest zajebiste pod każdym względem, absolutny brak minusów). Nawigacja tam jest Garmina, więc luz, ale również może wprawić w irytację. Możemy usłyszeć z niej choćby „za czterysta metrów skręć w prawo, wen równa się adres ulicy Bitwy Warszawskiej tysiąc dziewięćset dwadzieścia”. No sorry, po pierwsze trochę długo i wyszło nam z tego małe opowiadanie, ale to jeszcze nie jest takie złe, a po drugie to co to jest kurde to „wen równa się”, czy coś takiego? Programiście się wklepało i teraz syntezator powtarza? I takie daliście do ludzi? Rozumiem, że każdy ma prawo do błędu, ale tutaj sprawa wygląda tak jakby nikt przed wypuszczeniem na rynek tego nie sprawdził.

Teraz już chyba wiecie o jaki typ błędów mi chodzi. Wiem, że z nimi da się jeździć i może poza „w plewo” nie powinny się one przyczynić do tego, że kiedykolwiek zgubicie się po wyjeździe ze swojej dzielni, ale jest to tak irytujące i wkurzające, że przez większość trasy będziecie zachodzić co za debil tak zrobił. Przecież zrobienie tego tak jak należy wcale nie będzie droższe, ani bardziej pracochłonne. Te mankamenty nie są wynikiem kompromisu tylko czyjejś głupoty, która następnie psuje całą pracę wszystkich tych co włożyli wysiłek w prawidłowe działanie nawigacji. Nie rozumiem też jak takie coś mogło trafić na półki do sklepu albo do samochodu za kilkadziesiąt tysięcy.

Wniosek jest taki. Albo w firmach od nawigacji nie ma nikogo kto ostatecznie przed klientami sprawdziłby sprzęt, albo jest to pan Zbyszek, który słysząc „skręć w plewo, wen równa się adres ulicy e-siedemdziesiąty-siódmy” stawia krzyżyk przy kwadraciku „test zaliczony”.

Dobrze, że pan Zbyszek nie pracuje w firmie sprzedającej hamulce.