Zawsze interesowało mnie to, jak mają się do siebie te całe promile alkoholowe, a faktyczny stan bycia pijanym. Bo w telewizji i internetach głośno o tym, że jakiś tam kierowca jechał samochodem, a we krwi krążyło mu dwa i pół promila magicznej substancji. No dobra, promile promilami, ale był naje**ny, czy nie?

Według prawa tak. Bo w kodeksie ktoś napisał, że w Polsce nie można prowadzić mając ponad 0,2 promila. A we Włoszech ta wartość wynosi już 0,5 promila. Wniosek. Czyli Włosi mają mocniejszą głowę? Nie sądzę :) Wydaje mi się, że ktoś po prostu tak wpisał w kodeks, jakiś urzędas dał pod tym pieczątkę i stąd takie rozbieżności. Nie rozumiem też skąd podejście do tematu, że promile, a bycie pijanym to to samo. Przecież jeśli jedna osoba ma 0,5 promila, a druga 0,7 to wcale nie znaczy, że ta druga osoba jest w gorszym stanie.

Jeśli ktoś zagląda tu częściej to pamięta, że kiedyś nagrałem filmik


A potem napisałem test alkomatów, w którym porównałem kilka różnych alkomatów z różnych półek cenowych, co skłoniło mnie do lekkich, poalkoholowych refleksji. Otóż wyszło mi, że promile nie są miarą bycia pijanym. Weźmy nawet kulisy nagrania powyższego filmu. Nagrywałem go z rana żeby mieć lepsze światło i być przez to bardziej profesjonalnym co zresztą widać, a co wiązało się z tym, że już z samego rana, tuż po śniadaniu z płatków na mleku musiałem wychylić z położenia równowagi dwa browary. Czyli prawie nic, bo co to są dwa piwa dla faceta. Alkomat pokazał ponad 0,6 promila i tak się też czułem (odradzam picie tuż po lekkim śniadanku). Zdecydowanie nie wsiadłbym do samochodu chwilę po wypiciu, bo byłoby to głupie i myślę, że mógłbym stwarzać dość poważne zagrożenie na drodze. I do tego momentu zgodzę się, że promile rzeczywiście świadczą o tym ile ktoś ma w czubie.

Jednak wraz z upływem czasu zaczynają się pojawiać coraz większe rozbieżności. Bo alkomat wciąż pokazywał, że według prawa jestem pijany pomimo tego, że godzinę, góra dwie po tym jak opróżniłem zawartość dwóch puszek czułem się już całkiem nieźle. Na tyle dobrze, że jakbym nie wiedział o tym, że wypiłem i nie miałbym przy sobie alkomatu, stwierdziłbym, że jestem kompletnie trzeźwy. A alkomat nadal swoje. Pokazywał mi coś około 0,4 – 0,5 promila, czyli za mało żeby stać się twarzą choćby lokalnego wydania wiadomości, ale już dostatecznie dużo żeby sąd odebrał mi ciężko wywalczone prawko i nakazał wpłacić na swoje prywatne konto kilka stówek w ramach pokuty za grzechy.

Doskonalę zdaje sobie sprawę z tego, że ktoś kto ogląda sporo telewizji chętnie zabrałby głos mówiąc, że pewnie źle oceniałem swoją trzeźwość, bo w wydychanym powietrzu były promile, więc pewnie jak doszłoby co do czego to mógłbym zachować się gorzej niż jakbym w ogóle nic nie wypił. Być może. Ale skąd ta pewność, że promile mówią wszystko? Że ten jeden parametr świadczy o moim stanie? Przecież tak jak wielkość mięśnia nie świadczy wprost o jego sile, tak i skład tego co mamy w żyłach nie musi odpowiadać naszej kondycji. W wiadomościach często mówią, że po kielichu należy odczekać więcej niż się wydaje, bo mimo faktu, iż czujemy się doskonale trzeźwi – alkomat lubi sobie coś wykazać. Zatem dostajemy mandat lub odbierają nam prawko za posiadanie promili, a nie za to że prowadzimy po pijaku i stwarzamy zagrożenie.

Promile to po prostu parametr, który łatwo jest zmierzyć, choć osobiście wolałbym jakąś bardziej skuteczną metodę. Coś w stylu dotykania palcem do czubka nosa z zamkniętymi oczami, chodzenie po linii, stanie na jednej nodze. Może to i prymitywne, ale taki sposób po pierwsze sprawdziłby faktyczny stan tego jak zadziałał na nas alkohol lub inna używka, a po drugie każdy mógłby sobie pyknąć taki test przed wejściem za kółko.