Mieszkam na zadupiu i prowadzi do mnie – na to zadupie – w zasadzie jedna, kiepska droga. Połatana, nieoświetlona, z trawiastym poboczem i chodnikiem, ale tylko do pewnego miejsca. Wiem, że takich miejsc w Polsce jest więcej niż kebabów w śródmieściu, więc rozumiecie o co mi chodzi.

Ponieważ okolica mi się trochę rozrasta, to i ludzi przybywa w podobnym tempie co dziur na wspomnianej drodze, więc wzrasta również liczba pieszych poruszających się po niej. Nie mówię, że to źle, bo samemu parę razy po niej szedłem z buta gdy wracałem z jakiejś imprezy i z samochodem było mi nie po drodze. Jednak ze względu na to, że bardzo często jestem kierowcą i ogarniam trochę zasady ruchu to odnoszę wrażenie, że ja jestem takim mniej wkurzającym pieszym. Takim co zna swoje miejsce. Bo tych co ja mijam prawie codziennie na mojej drodze to się słowami w grzeczny sposób opisać nie da. To po prostu są jacyś debile, co albo są nastukani jakimś bimbrem własnej roboty lub muszą być po jakichś prochach sprzedawanych poza apteką (bez recepty), albo chociaż po seansie Fucktów o 19.00.

Wiecie, nie jestem osobą, która zawsze musi robić wszystko z przepisami, bo wiem że większość z nich jest głupia i żyć w symbiozie z nimi się po prostu nie da. Nawet jakbyśmy chcieli. Ostatnio ktoś mi powiedział, że aby ogarnąć w Polsce wszystkie dotyczące nas przepisy to musielibyśmy dziennie czytać chyba kilkaset stron tekstu w języku prawniczym, a wierzcie mi, że to nawet gorsze niż zagłębianie się w literaturę instrukcji do zmywarki. Dlatego jak ktoś łamie jakiś przepis to nie wybałuszam gał, nie dostaje ślinotoku jak nauczyciel od polskiego, który usłyszy „poszłem”, tylko analizuje to po swojemu. Staram się zrozumieć, bo najczęściej sprawa jest błacha i łamane są przepisy, których spokojnie mogłoby nie być w ogóle.

Ale tego co prawie codziennie widzę na swojej drodze to ja rozumiem mniej niż przeciętny uczeń gimnazjum wzorów skróconego mnożenia. Bo ja rozumiem to, że można iść złą stroną ulicy. W sumie to jest to dość skomplikowany przepis dla niektórych. Bo samochodem jeździ się prawą stroną, po chodniku idzie się po prawej, na marszu KODu idzie się za własnym interesem, a po ulicy trzeba iść lewą stroną, czyli odwrotnie. Także rozumiem, że komuś może się to pokręcić. Wiem też, że jeśli ktoś nie chodzi tą drogo codziennie to może też nie mieć odblasków bo po prostu ich zapomniał lub nie zakładał, że będzie lazł taką drogą. Przyznam, że sam na co dzień w kurtce nie mam żadnych odblasków ani kamizelek. Wszystko trzymam w samochodzie. I takich ludzi też rozumiem. Nie jest to może zbyt rozsądne iść ciemną drogą totalnie nie oświetlonym, ale cóż. To wszystko jest jakoś do wytłumaczenia.

Ale zupełnie nie jestem w stanie ogarnąć tych wszystkich co łażą po nocy nieoświetloną drogą, nie tą stroną co trzeba, bez odblasków i jeszcze gdy się do nich zbliża samochodem to maja wszystko w dupie. Nawet się nie odwrócą, nie zejdą z drogi, nie mrugną telefonem żeby móc ich zobaczyć. Tylko idą z tymi swoimi siatami z lidla lub biedry i na wszystko kładą laskę. Jakbym takiego kiedyś – odpukać w niezgnitą blachę w moim samochodzie – pierdzielnął, to nawet nie widziałby kto sobie o niego zderzak poharatał.

Wiem, że powinno być im wolno nie dbać o siebie bo takie prawo ma każdy człowiek, ale wtedy zaczynam się zastanawiać co to są za ludzie. Czy oni rzeczywiście na wszystko mają wywalone czy po prostu nigdy nie jechali samochodem i nie zdają sobie sprawy, że nawet jak ktoś jedzie mniej niż mówią o tym znaki drogowe to i tak jest to nieporównywalnie szybciej niż idzie człowiek co w rezultacie skutkuje tym, że takiego gościa można zobaczyć tuż przed maską. Najbardziej właśnie wkurza mnie ta ignorancja. Wielokrotnie zatrzymywałem się tuż przed takim zawodnikiem, który nawet głowy nie obrócił żeby zobaczyć samochód, co prawie by w niego wjechał. Zero reakcji. Nawet wzruszenia ramionami nie mówiąc o ustąpieniu na bok.

odblaski-online_0