Dla jednych zakup używanego samochodu to horror, który wymaga sporych nakładów finansowych jak i własnej pracy począwszy od wyboru odpowiedniego modelu, a skończywszy na dokładnych oględzinach, a dla innych to coś zupełnie przeciwnego. Nieskończona radość z krótkich chwil spędzonych za kierownicą obcych samochodów (dobrze się o tym opowiada przy piwie), która w bliższej lub dalszej przyszłości zakończy się kupnem nowej fury. Ja jestem gdzieś tak po środku. Albo nie, lubię sobie pojeździć, więc bliżej mi do tych drugich.

Wygadałem się więc z tego, że chcę kupić samochód, ale na razie nie powiem jaki. Planuję również napisać poradnik jak kupić samochód i dokładnie opiszę jak ta czynność wyglądała w moim przypadku, ale to jeszcze nie teraz. Najpierw auto musi stać u mnie, a coś czuję, że jeszcze długa droga przede mną.

A teraz chcę napisać o czymś innym. Jak zapewne wiecie z internetu, własnego lub kumpli doświadczenia zakup używanego samochodu to nie lada wyzwanie. To coś równie trudnego jak znalezienie niezwężających się ku dołowi spodni w centrum handlowym lub drukarki, która drukuje jak powinna przez dłużej niż tydzień roboczy na początku maja. Ze względu na bardzo różnorodny rynek już sam wybór ciekawego modelu może zająć tyle co dokładne zliczenie uczestników niedawnego marszu KODu, co w rezultacie prowadzi do całkowitego skołowania. Do tego dochodzą jeszcze emocje przewyższające te towarzyszące nam podczas wysyłania smsów w półfinale eurowizji lub tańca z gwiazdami.

Nigdy nie podawałem się za speca w dziedzinie samochodów. Owszem, wiem co i jak, odróżniam Peugeota 107 od samochodu, potrafię szybko zmienić koło oraz wyjaśnić powiązanie między usytuowaniem w przestrzeni osi zataczania zwrotnicy a odbijaniem kierownicy na zakrętach. Posiadam też szereg zdolności manualnych, ponadto rozróżniam klucze płaskie od nasadek zakładanych na grzechotkę, więc całkiem niedawno z powodzeniem pomogłem koledze wymienić tuleję wybieraka. Co więcej moja pomoc okazała się na tyle owocna, że wspomniany kolega powiedział, że powierzyłby mi wymianie teleskopów klapy bagażnika w jego Fordzie.

Jednak mimo tych wszystkich umiejętności nabytych metodą własnych doświadczeń oraz godzin spędzonych przed ekranem monitora na jutubie w zestawieniu z wyborem oraz kupnem samochodu używanego czuję się równie zakłopotany co uczeń stojący przy tablicy na matematyce, który chwilowo zapomniał wzorów skróconego mnożenia. Serio. Bo siedząc w domu, przeglądając ogłoszenia można być zupełnie opanowanym, emocjonalnie trzeźwym i rozsądnym, ale podchodząc do samochodu, który mamy – przynajmniej w założeniu – kupić cały plan bierze w łeb i nasza decyzja zmienia się powtarzalnie jak sinusoida lub objazd Marymonckiej w Warszawie. W pierwszej chwili widząc drobną ryskę na zderzaku myślicie sobie, że jeszcze poszukacie, ale żeby nie robić przykrości właścicielowi oglądacie dalej. Następnie otwierając drzwi i widząc jasną skórę oraz drewniane dodatki serce zaczyna wam pulsować jak obrotomierz na zimnym i nawet nie chcecie negocjować ceny, bo stwierdzacie, że ta i tak w tej chwili nie ma znaczenia. Chwilę później po dostrzeżeniu kawałka rudej blachy w nadkolu od strony pasażera jesteście gotowi zrezygnować i pożegnać się z właścicielem, ale tylko do momentu, w którym proponuje wam jazdę próbną i rozgoszczenie się w idealnie nabłyszczonym wnętrzu.

Co więcej emocje robią swoje i niekiedy jesteście wstanie nie zauważyć nawet bardzo istotnych rzeczy. Tak bardzo utkwi wam coś w głowie przy oglądaniu auta, że nie zwrócicie uwagi na całą malowaną maskę, której odcień pasuje do reszty jak Ryszard Kalisz do kalendarza ściennego. Wydaje się wam, że zeskanowaliście auto dokładniej niż system wyszukujący terrorystów wśród uchodźców, a jednocześnie nie zauważacie lub dopiero za kolejnym podejściem dostrzegacie, że klapa bagażnika to chyba podmieniona jest i jakby niedokładnie styka się z uszczelką. Albo, że opony na jednej osi są różnych marek.

To prawda, że czytając to na smartfonie w drodze na kebaba lub w domu w oczekiwaniu na pizze może wydawać się to niedorzeczne, ale tak właśnie jest. Gdy jedziecie oglądać samochód, do którego wzdychacie już od dłuższego czasu sytuacja zmienia się nie do poznania. Możecie zapomnieć o wszystkim i w rezultacie nie wiecie na co zwracać uwagę.