Na pewno słyszeliście już nie jedną historię o handlarzach samochodowych i mógłbym się założyć o pięć litrów oleju mineralnego po regeneracji, że handlarz nie był przedstawiony w niej pozytywnie. Można nawet powiedzieć, że zawód handlarza jest równie pozytywnie odbierany co zawód polityka przez co cieszy się podobną sympatią i zaufaniem. I zresztą słusznie, bo ogarnijcie z czym niedawno się spotkałem.

Od pewnego czasu szukam dla siebie samochodu, a co za tym idzie na allegro i olx spędzam więcej czasu niż statystyczna kobieta po czterdziestce na oglądaniu seriali i reklam z udziałem Lewanowskiego. Wiem jak wygląda rynek samochodów używanych i wiem czego mam się wystrzegać jak łupieżu na swoich siwiejących włosach. Handlarzy. Zarówno tych profesjonalnych zajmujących się sprzedażą bezwypadkowych samochodów z reichu, pracujących w eleganckich komisach gdzie auta stoją na codziennie płukanych kamyczkach, jak i tych „tajniaków” trzymających u siebie na placu przy drewnianej stodole kilka samochodów sprowadzonych dla rodziny.

Nie jeżdżę do żadnych bo sprawy wyglądają właśnie tak:
Klik
Kliknijcie sobie, pogapcie się chwilę, a ja już wyjaśniam o co biega.

Na pierwszy rzut oka wszystko jest okej, choć charakter i styl opisu zdradza już co to za „osoba prywatna”. Ale to nic. Liczy się auto, które na fotkach wygląda całkiem całkiem. Brak oznak rdzy, elementy karoserii dobrze spasowane co wskazuje na bezwypadkowy życiorys samochodu, lakier w dobrym stanie.

Sęk w tym, że widziałem ten samochód zanim trafił w ręce handlarza podpisującego się jako „osoba prywatna”. Pojechałem na oględziny ponieważ oferta była atrakcyjna cenowo, choć przeczuwałem, że coś będzie nie tak. Zaznaczę jeszcze, że pierwotnie cena od rzeczywistego właściciela była kilka tysięcy niższa niż to co zażyczył sobie handlarz (początkowo chciał nawet 15 500 zł). Tak wyglądał samochód, który zobaczyłem

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Właściciel był spoko, więc dał mi się karnąć. Okazało się, że samochód jest strasznie astmatyczny, silnik nie ma mocy zwłaszcza na wyższych obrotach, a przy hamowaniu pojazd zaczyna kreślić sinusoidę. Zadałem również kilka pytań jak choćby standardowe o rozrząd. Właściciel odpowiedział, że robiony był przy 50 tysiącach a teraz auto ma już 170 z lekkim hakiem. Jest za to książeczka z ASO, gdzie rzeczywiście dokonanych było kilka napraw.

Powiedziałem oczywiście właścicielowi, że to trup i szczerze mówiąc to bałbym się nim wracać do domu w obawie o ten rozrząd na co on przystał. Wracając z oględzin pomyślałem sobie, że jedynym kupcem na ten samochód może być albo typowy janusz samochodowy, co obejrzy pojazd jedynie z zewnątrz lub handlarz, który mocno zbije cenę, porobi ładne fotki i poczeka na gościa co zna się na samochodach jak urzędnik na miłej obsłudze klienta.

I doskonale zdaję sobie sprawę, że KAŻDY samochód z rąk handlarza będzie w najlepszym przypadku taki jak opisałem powyżej. Cena mocno zawyżona, a samochód to zwykły grat.